O ile dobrze sobie przypominam, pierwsze zetknięcie z Winter Delice pozostawiło mnie perfekcyjnie wobec nich obojętną. To było na początku mej perfumiarskiej przygody, tym sobie to tłumaczę. Bo przecież jest to cudacze dziwadło, czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej! Dotarło to do mnie podczas naszego drugiego spotkania, które odbyło się w samym środku upalnego lata. I może właśnie to zaważyło na percepcji - kontrast tego zapachu z ciepłą, zieloną aurą lipca był niemożebnie zachwycający. Bo kto spodziewa się w takich warunkach wtargnięcia do nozdrzy iglastego dymu i chłodu leśnych przestrzeni? Ja się nie spodziewałam.
W moim przypadku " Zimowe Uciechy " idealnie komponują się z tym, co zimą lubię najbardziej. Czuję w nich przede wszystkim świdrujący dym z dopiero rozpalanych szczap, kiedy piec nie ma jeszcze ustalonego ciągu, i izbę, którą tak koniecznie chcemy ogrzać spowija szary obłok. Zimno tej kompozycji nie pozwala zapomnieć o warunkach panujących tuż za drewnianymi ścianami chaty: jest cicha, spokojna, bardzo mroźna noc, i jakkolwiek mocno drzewa płakałyby żywicą, te łzy tężeją natychmiast po wypłynięciu. Z czasem ogień rozpala się stałym płomieniem, zapach "oczyszcza się", nabiera przejrzystości, nie traci jednak chłodu, jest jak oddalone, posrebrzane szczyty gór w gęstym, zimnym powietrzu. Ciepłe i jadalne komponenty ciągle majaczą gdzieś bardzo daleko w tle, a dominuje dym i żywice, co powoduje, że zapach wydaje mi się bardzo mocno przynależeć do świata przyrody, zdecydowanie mniej do człowieka. Tak, to zapach nieludzki, niestopliwy ze skórą, suwerenny. Dla wielu osób jest to mankament, i określają Winter Delice mianem odświeżacza do powietrza. Ok, można i tak, przyznam, że i ja czasem go używam jako zapachu do pomieszczeń. Nie przeszkadza mi to jednak upajać się nim od czasu do czasu na sobie, zwłaszcza teraz, zimową, mroźną porą.
Nuty: jodła, sosna, żywice, kadzidło somalijskie, cukier, wanilia.
Rok powstania: 2000
piątek, 08 stycznia 2010, elve