
Jak kazdy megaloman z Krakowa, na poczatek ide ogladnac rynek, zeby sobie potwierdzic, ze nasz jest najwiekszy. Jest. Od norymberskiego rozni sie znacznie, ale nie o rozmiarach, ksztalcie, planie i historii, ale o funkcji chce tu slow pare. Trudno powiedziec, ze na naszym rynku cokolwiek co sie dzieje, jest naturalne. Cepeliada na przyklad jest nienaturalna, podobnie czeste dymy z grilow, Rubik Piotr podobnie jak i kolor jego wlosow nie bardzo pasuja do studzienki Badylaka. Budy typu szalas nie sa naturalne, i scena pod Ratuszem niemal na okraglo, tez nie jest. Od lat specjalisci od promocji miasta, gdy mowa o funkcji nazwaja Rynek "salonem Krakowa", co jest bardzo smieszne zwazywszy co sie tam wyprawia. W Norymberdze, jak widze, ucepeliowacenie ogroniczono do minimum. Imprez ze scena wolno zorganizowac - jak mi mowia - cztery. I koniec. A na codzien handluje sie po prostu jedzeniem. Sery, warzywa i wedliny, miod, chleb i alkohol, co wydaje sie bardzo naturalne. Ktokolwiek to wymyslil (zapewne dosc dawno) mial racje, ktokolwiek nad tym czuwa i nie zmienia rynku w "salon" ma glowe na karku. Taki Kleparz na Rynku (po niemiecku czytaloby sie Kleparc), wyglada jak wyglada, nie ma w tym cienia egzaltacji, ani nadymiania sie choc wlasnie jestesmy w apogeum sezonu na dynie.
środa, 24 października 2007, nieslownik