Podróż do Wrocławia jest daleka, a na miejscu jest zimno, choć nie aż tak jak tu (podobno). W drodze do przeczytałem książkę Jerzego Franczaka "Da capo" z zeszłego roku. W drodze z powrotem wyczytałem całą gazetę, kawałek "Polityki" i prawie całą "Śmierć czeskiego psa". Nie idzie tak szybko, bo sprzyja rozkoszowaniu się. Na miejscu, w przerwach między mroźnymi spacerami dziabnąłem "Dziurę w niebie" Konwickiego, dzieło w wieku moich rodziców. Bardzo dobry to był wyjazd, biorąc pod uwagę odstawienie komputera i zajęcie się czytaniem.
Wracając, spotkaliśmy elegancką, nie wiem, studentkę jadącą z Brzegu do Opola. Oraz pucułowate, źle ubrane na czarno, "tak krawiec kraje, jak mu materii staje" studentki jadące z Częstochowy do Radomska. A może to było Opoczno? Siedziały naprzeciw siebie, rozmawiając o bardzo ważnych sprawach uczelnianych. Obie w tym samym momencie robiły sobie manicure a la Opoczno.
czwartek, 24 lutego 2011, kurious_oranj