czy tacy faceci jak wspominany przeze mnie ostatnio bohater serialowy Seeley Booth wogóle istnieją? tacy, którym zależy, którzy potrafią obserwować, którzy potrafią przyznać się do błędu, którzy szanują i siebie i innych, którzy się troszczą o osoby, na których im zależy?...
moje doświadczenia nie są jakieś wybitnie bogate, ale to, co do tej pory zdobyłam daleko odbiega od mojego fikcyjnego ideału. mój były (jeszcze sprzed tego pasożyta), z którym byłam kilka lat jest wybitnie niedowartościowany i ciągle się miota. po naszym rozstaniu długo nie utrzymywałam z nim kontaktu, ale kilka miesięcy temu reaktywowałam tę znajomość. czasem jest ok, ale jak coś pójdzie nie po jego myśli jest agresywny i zwyczajnie, przyziemnie chamski - na szczęście tylko werbalnie. w zasadzie to nie dlatego zakończyłam ten związek, ale to jedna z rzeczy, które dowodzą słuszności mojej decyzji.
ostatni związek - ten z pasożytem - wogóle był porażką. ta gnida jest dokładnym przeciwieństwem uroczego agenta: troszczy się tylko o własny tyłek, nigdy nie dotrzymuje obietnic, olewa wszystko i wszystkich, nie ma za grosz honoru ani poczucia odpowiedzialności. czuję się totalnie wypalona. może czas zrobi swoje i zagoi te rany, ale to chyba będzie dłuuuugo trwało... póki co zupełnie nie wyobrażam sobie jak mogłabym z kimś być, zufać, zakochać się.
jak ja niesamowicie żałuję, że wogóle go poznałam!!!
poniedziałek, 16 listopada 2009, amor.eh.doida