tak widzę, że tego kanału komunikacji używam do tego, żeby przede wszystkim żalić się jaka to ze mnie niedojda życiowa... no i dobrze - to mój kawałek www.
ostatnio seryjnie oglądam bones. i niestety, wiem, że to makabrycznie głupie, ale przedwczoraj doszłam do wniosku, że mam a little crush on the main character - agent Booth. podkreślam, że chodzi o postać, a nie o aktora. jak zastanawiałam się dlaczego tak jest, to doszłam do wniosku, że to jest taki mój ideał - opiekuje się przyjaciółmi (a zwłaszcza Bones), wspiera ją, ona zawsze może na niego liczyć, no a to, że jest przystojny to jest kwestia drugorzędna.
jak do tej pory tak naprawdę nie miałam w nikim wsparcia, nie mogłam powiedzieć, że mogę na kogoś liczyć zawsze i bezwzględnie... ostatnio z poważnych finansowych kłopotów wyciągnęła mnie mama, ale jak byłam mała i w sytuacjach konfliktowych z siostrą mamy nigdy nie otrzymałam, żadnego sygnału wsparcia ani od mamy, ani od siostry (siostra mojej mamy zawsze chciała narzucić swoją wolę wszystkim, a ja byłam na tyle odważna... albo na tyle głupia, żeby jej się sprzeciwiać, wytykać jej niekonsekwencje czy błędy - za co mnie nienawidzi do dziś). do tego dochodzi sytuacja z tym palantem, na którego zmarnowałam kilka lat swojego życia, jeszcze więcej zdrowia i osoby mi bliskie. mogę powiedzieć, że rozumiem postawę Bones, która boi się zaufać komuś i wszystko racjonalizuje. przyznam się, że też mam takie skłonności.
chciałabym mieć takiego Bootha, na którego zawsze będę mogła liczyć...
jest mi tak strasznie smutno!! chyba to mój dzień na popłakanie...
no a teraz muszę się wziąć za szukanie pracy.
poniedziałek, 09 listopada 2009, amor.eh.doida