ile wytrzymałam bez vacu? niecałe 3 miesiące. sporadyczne wypady na basen i łyżwy to jednak próżniactwo. uznałam, że trzeba znów się pokatować, ale jakimś nowym typem aktywności. dobrze byłoby też popracować nad kręgosłupem (choć jednym, bo z moralnym już raczej nic nie zdziałam). dlatego też postanowiłam zacząć uczęszczać na zajęcia z fitnessu w klubie na osiedlu.
pani w recepcji uprzejmie poinformowała mnie, że z posiadaną przeze mnie kartą mogę uczestniczyć nawet w kilku zajęciach dziennie. nie wykryłam w jej tonie złośliwości, uznałam więc, że muszę wyglądać albo na olimpijkę albo desperatkę.
wróciwszy do domu, zasiadłam do słownika pojęć i rozszyfrowałam, ból których mięśni skrywa się pod tajemniczymi nazwami: abt, tbc, shape, fat burning, stretching etc. ostatecznie wybrałam te, które powinny sadełko przekuć w kaloryferek, a wątły kręgosłup w żelazną konstrukcję.
dokonawszy rejestracji na 3 zajęcia, w nagrodę wciągnęłam sernik. z dokładką!
dziś, po pierwszych dwóch zajęciach, nie mogąc za bardzo siedzieć (moje pośladki!) ani śmiać się (mój nowoczesny kaloryferek - bez żeberek!), uważam, że mogłam wziąć podwójną dokładkę. nic to, najwyżej wytnę sobie jakieś żebro... chyba freud miał rację, pisząc:
sport jest sublimacją popędu do przyglądania się i tendencji: sadystycznych, ekshibicjonistycznych, homoerotycznych i erotyki ruchowej.
sobota, 28 stycznia 2012, tiferet