chyba nabawię się schozofrenii przez to ciągłe przelogowywanie się z konta prywatnego na firmowe na facebooku. muszę ciągle pilnować, czy status, który ustawiam, na pewno ustawiam sobie. no bo nie wiem, co klientów mojej firmy może obchodzić, co będzie na kolację albo jakiś cytat z widzianego ostatnio w filmu. moich znajomych też nie wiem, co to obchodzi... choć zawsze wywiąże się dyskusja, ktoś podrzuci przepis na sałatkę z arbuzem i fetą lub podyskutujemy o tymże filmie.
pół biedy, gdy to na swoim profilu wrzucę jakiegoś branżowego newsa lub info o promocji. w drugą stronę histeria jest dużo większa i trzeba mnie widzieć, jak w szale walę w touchpada w przycisk "usuń". ufff...
wczoraj to już pobiłam samą siebie. zrobiłam sobie test o tematyce męsko-damskiej, którego wyniki opublikowałam nieopatrznie na koncie firmowym. nie jestem pewna, czy moja firma potrzebuje akurat tajemniczego, chłodnego, ale nieokiełzangeo meżczyzny. w razie czego grałabym, że to ogłoszenie - poszukujemy nowego managera czy coś. na szczeście się kapnęłam w porę, a że pora była późna, to raczej nikt nie widział.
niemniej zachowuję się co najmniej tak idiotycznie jak bridget jones. i to obraźliwe porównanie powinno być dla mnie porządną nauczką!
czy na pewno zostawiłam wpis na moim blogu? czy to nie był firmowy intranet? i co to za dziecko? jak to nie ma żadnego dziecka?
niedziela, 08 listopada 2009, tiferet