nareszcie po świętach. należę do tego rodzaju ludzkiego, który dwa razy do roku - na b.n. i wielkanoc - ma ochotę zniknąć z powierzchni ziemi. zbyt wiele tego muszę, trzeba, wypada. wszystkiego za dużo. w tym roku do listy zbytków dopisuję jeszcze komedie romantyczne.
nadrobiłyśmy z natalią zaległości z dwóch lat, oglądając film za filmem... zaczęłyśmy od wyprawy do kina i "smaków miłości" (nawet niezłe i są momenty!), a potem 3-dniowy maraton na kanapie. przebierałyśmy trochę, żeby nie nabawić się cukrzycy. dla zachowania zdrowia psychicznego włączyłyśmy też "niewidocznych" (o nielegalnym handlu organami), ale nawet tu w centrum zainteresowania było ludzkie serce i nie obyło się bez: kocham cię / ja ciebie też.
natalia jest wytrwalsza - gdy siedzę nad klawiaturą, ona ogląda "dlaczego nie". ja już dziękuję. może, bidna, ma jeszcze nadzieję, że w życiu jest czasem jak w takim filmie. ech, o ile prościej by było... weźmy np. dylemat mężczyzny, którą kobietę wybrać. na ekranie odpowiedź jest zazwyczaj banalna. prawdziwą miłość zawsze gra ładniejsza aktorka. a jeśli reżyser zdobył się na odejście do schematu, to i tak wiadomo, że serce bohatera należy do tej, której nazwisko jest pierwsze na plakacie.
a życie to nie film (i dobrze, bo po co mielibyśmy chodzić do kina?). a już na pewno moje święta nie przypominają filmów... no chyba, że tarantino! odkrywam w sobie wówczas urodzonego mordercę...
środa, 26 grudnia 2007, tiferet