Zwarte Poëzie
Zawsze musi ktoś zagrać pierwszy, tym razem padło na holdenrów. Zaczeli grać garstki ludzi na sali, później się nieco poprawiło. Atmosfera nie była najcekawsza, pomijając frekwencję, koncert odbywał się w kinie i wszyscy siedzieli, co bardziej pasuje na koncertach poezji śpiewanej a nie rockowych.
Zespół prezentuje muzykę mozno osadzoną w zimnej fali lat 80-tych, charakterystyczne jest to, że śpiewają po holendresku. Chwilami w konsternacje mnie wprowadzały zagrywki typu: zaczyna się kawałek" Killing an Arab" Cure i po chwili mamy zupełnie inny tekst po holendersku i inny kawałek. I nie wiem czy to świadomy cover czy tylkojakieś odniesienia.
Ogólnie plus za muzykę, którą lubię z echami Cure, Jou Division czy Bauhas, minus za grę, jakoś to tak sobie brzmiało.
Believe
Believe to grupa Mirka Gila, znanego szerzej z legendy polskiego rocka progresywnego Collage. Gdy Collage zawiesiło działalność Wojtek Szadkowski założył Satellite, Amirian próbował kariery solowej, Mirek Gil założył Mr Gil a następnie w 2006 roku powołał do życia Believe. Są to muzycy znani z Collage ale tego pierwszego z czasów "Baśni".
Believe po pierwszych minutach powalił ścianą dźwięku. Perfekcyjne granie, bogate brzmieniowo (skrzypce). Muzycy na dniach wydali nową płytę "Yesterday is a Friend" i jej jeszcze nie widzieli, jest to ewenement spotykany chyba tylko w Polsce, było to sporym niedopatrzeniem, że nie można było tej płyty na koncercie kupić, ale cóż tacy wydawcy.
Zespół zaczą dwoma kawałkami z debiutanckiej płyty "Hope To See Another Day" Liar i Needles in my Brain. Potem zaprezentowali materiał z najnowszej płyty i zakończyli koncert utworem tytułowym kończącym poprzednią płytę.
O ile debiut muzyków był pozycją bardzo rockową (dość odlgłą od wspomnianego Collage) to najnowszy krążek jawi się jako płyta bardziej stonowana, spokojna, żeby nie powiedzieć bardziej smutna. Mamy tu więcej gitary akustycznej i więcej skrzypiec. Po 40 minutach gry muzycy się pożegnali z ciągle siedzącą publicznością.
Ray Wilson & Stiltskin
Porwać publiczność pod scenę udało się dopiero dla Ray-a Wilsona. Już pierwsze dzięki z ostatniej jak dotąd studyjnej płyty "She" pokazały, że mamy tu do czynienia z koncertem rockowym. Nie zauważyłem od czego się zaczeło, ale nagle wszyscy zaczeli wstawać z krzeseł i iść pod scenę.
Ray Wilson to muzyk znany i zapamiętany przede wszystki z tego, że zaśpiewał na jednej płycie Genesis. Była to bardzo udana płyta "Calling All Stations" i bardzo żałowałem, że niedługo potem zespół zaiwesił działalność i Ray poszedł swoją drogą. Po nagraniu kilku solówek zdecydował się na reaktywowanie macieżystej formacji Stiltskin. Muzycy nagrali wspomnianą płytę "She" która w znakomitej większości była grana na koncercie.
Ray to znakomity wokalista z charakterystycznym głosem, który śpiewa swobodnie i bez wysiłku a jednocześnie bardzo rockowo. Z kocertu zapamiętałem jeszcze znakomicie przy samej gitarze zaśpiewany "In the Air Tonight" no i na bis zaśpiewane "Knocking on heavens Door", które po szybkiej prezentacji zespołu przeszedł płynnie w "No Women, no cry".
Podsumowując muzycznie udany wieczór i jedyne minusy to "czerstwa" sala i słaba frekwencja.
sobota, 10 maja 2008, kadamowi