No i żyję. Nie zraziłam się jak na razie i zamierzam chodzić dalej. Spotkania będą co tydzień, w środy. Na początku rozmowa wyglądała trochę dziwnie i czułam się dość nieswojo. Mówił bardzo wolno, robił długie przerwy między poszczególnymi kwestiami, jakby się mocno nad nimi zastanawiał. Jednocześnie cały czas bacznie mnie obserwował, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły - jak siedzę na fotelu, jak trzymam ręce i w którą stronę kieruję wzrok. Zadał mi parę dość dziwnych pytań, które zdawały się kompletnie nie mieć związku z całą sprawą - m.in. jak wygląda moja mama i jak często do mnie dzwoni, czy często chodzę do fryzjera albo stylisty i czy uważam, że jestem atrakcyjna dla mężczyzn. Okazało się, że jednak miały związek, i to znaczący. A ja myślałam, że będziemy rozmawiać tylko o problemie alkoholowym w mojej rodzinie... Główne wnioski z rozmowy? Jeden dość oczywisty: "Pani utożsamia się ze swoją matką, a tymczasem pani nią nie jest i nie może cały czas żyć jej życiem. Jest pani odrębną osobą, do tego dorosłą. Wyprowadzka z domu była jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogły się pani zdarzyć, ale powinna pani się jeszcze trochę bardziej odseparować od rodziny. Nie zrywać kontaktów, ale zacząć wreszcie własne życie. Częściej spotykać się ze znajomymi niż z matką. Kobieta po pięćdziesiątce nie jest właściwą przyjaciółką dla dwudziestokilkulatki." A drugi: "Tu nie chodzi o to, by nie umiejąc pływać, nigdy w życiu nie wsiadła pani do łodzi bojąc się, że się wywróci i pani się utopi. Chodzi o to, by się nauczyć pływać i poradzić sobie, jeśli się wywróci, tak by się tego na zapas nie bać".
środa, 24 maja 2006, moonlit_place