Wiem, że bardzo nawalam. Ale niestety obowiązki się nawarstwiły i męcze się, dosłownie, z artykułem, który ciągle nie przypomina artykułu do publikacji. Czuję się, jakbym orała pole :) Pomysł na kolejny wpis czeka sobie uśpionyw schowku pod postacią szkicu, w którym zdania przypominaja te wypowiadane podczas imprezy po kilku głębszych :)
Zatem zamiast niedopracowanych wynurzeń anegdotka, która jakoś zapadła mi w pamięć:
Pewien mężczyzna poszedł jak co miesiąc do fryzjera. Zaczęli rozmawiać o różnych sprawach.
Ni z tego ni z owego wywiązała się dyskusja o Bogu. Fryzjer powiedział:
- Wie Pan, ja nie wierzę, że Bóg istnieje.
- Dlaczego Pan tak uważa? - zapytał klient.
- Cóż, to bardzo proste. Wystarczy tylko wyjść na ulicę, żeby się przekonać że Bóg nie istnieje. Gdyby Bóg istniał, myśli Pan, że byłoby tyle osób chorych? Istniałyby opuszczone dzieci? Gdyby istniał Bóg, nie byłoby bólu, cierpienia... Po prostu nie mogę sobie wyobrazić Boga, który na to wszystko pozwala.
Klient pomyślał chwilę, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.
Nie chciał wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Gdy fryzjer skończył, klient zapłacił i wyszedł.
W tym momencie zobaczył na ulicy człowieka, z długą, zaniedbaną brodą i włosami.
Wyglądało na to, że już od dłuższego czasu jego włosy i broda nie widziały fryzjera.
Był zaniedbany i brudny. Wtedy klient wrócił i powiedział:
- Wie Pan co? Fryzjerzy nie istnieją!
- Bardzo śmieszne! Jak to nie istnieją? - Zapytał fryzjer. - Ja jestem jednym z nich!
- Nie! - odparł klient. - Fryzjerzy nie istnieją, bo gdyby istnieli, nie byłoby ludzi z długimi włosami i brodą jak ten na ulicy.
- O! Nie! Fryzjerzy istnieją, to tylko ludzie do nas nie przychodzą z własnej woli.
- No właśnie. - powiedział klient. - Dokładnie tak. Bóg istnieje, to tylko ludzie Go nie szukają i robią to z własnej woli. Dlatego jest tyle cierpienia i bólu na świecie...
Ot tyle...
niedziela, 19 lutego 2012, ingella