Styczeń. Miesiąc rozpędu i jednoczesnego wytracania wiatru, który udało mi się pod koniec roku złapać w żagle. Absurdalny czas. Jutro 34 urodziny. Od kilku lat mam wrażenie, że ciągle kończę magiczną trzydziestkę. Że w momencie urodzenia E. czas się zatrzymał. Ciekawe, czy wszyscy rodzice czują podobnie? Że dziecko właściwie przenosi nas w inny wymiar czasowy. Żyjemy czasem dziecka, a nie swiom... Jednak, aby całkiem nie zapomnieć, że jednak urodziny mam, sprawiłam sobie prezent. Kolejną Maryjkę do powiększającej się kolekcji. Stara, gipsowa figurka, jak wszystkie poprzednie, stanie na którejś półce i będzie mnie wspierać w dalszej walce :)
Zbieram je od jakiegoś czasu. Nie tylko zdobią mieszkanie, ale mam wrażenie, że wprowadzają do niego tak bardzo potrzebny spokój. Lubię na nie patrzeć...
A propos spokoju. Od czasu, gdy zaczęłam medytować odkryłam, że znacznie łatwiej zapanować mi nad złymi emocjami. Oczywiście zdarzają się wyjątki, szczególnie wtedy, gdy E. wyprowadza mnie z równowagi atakiem histerii. Wybucham wtedy jak dynamit, ale, jednocześnie, uspokajam się znacznie szybciej, niż kiedyś. I zawsze żałuję, że jednak nie dałam rady, że nie nadszedł na czas tak bardzo w danej chwili potrzebny spokój. Że nie zdołałam popatrzeć na siebie i wrzeszczącego E. z zewnątrz. Ale wiem też, że takie momenty to chwile próby. I nie zawsze muszę z nich wyjść zwycięsko. Z natury jestem bowiem nerwowa i wybuchowa. I chociaż łaska Boża działa niczym cud, są we mnie jeszcze stare nawyki, przyzwyczajenia i słabości. A może jest tak, jak pisał Merton, że "nie zmieniłam się jeszcze w głębi, a może zmieniłam się radykalnie, ale tylko w pewnych sferach, w innych natomiast zachowuję nadal stary, próżny, niestały i samolubny sposób patrzenia na świat". Pewnie tak jest...
Zniknęło natomiast, stale niegdyś obecne, napięcie pomiędzy mną, a innymi ludźmi. Napięcie, które ja odczuwałam, naturalnie, nie wiem nic bowiem o odczuciach innych. Nawet, gdy mnie irytują, gdy ich wartości sytuują sie gdzieś na przeciwległym biegunie niż moje, nie czuję już tej złości i zdenerwowania co kiedyś. Może jeszcze daleko do tego, abym kochała ich, jak siebie samą, ale przynajmniej pozbyłam się złych uczuć w stosunku do różnych osób. To, co czuję w chwili obecnej, to raczej obojętność. I żal, że jednak idą tą drogą, którą idą. Może to obiecujący początek, aby jednak kochać innych? Nawet tych, którzy na pierwszy rzut oka na to nie zasługują... Zdaję sobie sprawę, że to zwykłe truizmy, ale rzeczy najbardziej banalne są zazwyczaj najtrudniejsze... A z drugiej strony, czy rzeczywiście się czymkolwiek od nich różnię? Rację ma z pewnością Eremita, gdy pisze:
"Dziękuję Ci, o Panie, bo pozwalasz mi dotknąć moich niedostatków i w ten sposób dajesz mi odkryć mój rzeczywisty wymiar..."
Im więcej braków widzę u innych, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele brakuje mnie samej...
sobota, 21 stycznia 2012, ingella