Może ktoś odniósł mylne wrażenie po moim ostatnim wpisie, że jedyna modlitwa, jaką dopuszczam, to modlitwa ciszy. Nie jest to rzecz jasna prawda. Modlitwa w ciszy jest według mnie tą najbardziej pierwotną, a jednocześnie najczystszą formą dotarcia do Ducha, który mieszka w nas. Słowa często w tym przeszkadzają. Z drugiej strony, jednocześnie, po wielu, wielu latach odkryłam (nawet nie ponownie, tylko w ogóle)... modlitwę różańcową. Nie mam tu na myśli jedynie tradycyjnych "zdrowasiek", ale wykorzystywanie formy różańca, która, w mojej opinii, jest jedną z najpiękniejszych form powtarzania modlitewnej mantry. Ja ułożyłam sobie własną, króciutką modlitwę, którą powtarzam regularnie przesuwając paciorki klasycznego różańca. Przed każdą medytacją, również tą różańcową, proszę Ducha Świętego, aby oczyścił mój "umysł, pamięć, wyobraźnię, zmysłowość oraz relacje z ludźmi"...
W ramach "rękodzieła" zrobiłam kilka dziesiątek różańcowych, które włożyłam do każdej kieszeni i torebki, tak, aby zawsze jedna z nich była ze mną "w drodze". Muszę przyznać, że to naprawdę niesamowite uczucie modlić się np. w drodze do pracy, stojąc na przystanku lub jadąc tramwajem. Zamiast rozmyślać o tym, co mnie dziś, z pewnością niefajnego czeka, czy studenci będą przygotowani, czy szefowa w dobrym humorze i tym podobne dylematy, przesuwam w kieszeni paciorki i powtarzam modlitwy. Albo te klasyczne, albo te wymyślone przeze mnie. Ten sposób praktykowania modlitwy uwalnia mnie również od złego nastroju, w który wpadam, niestety, więcej niż często, i wprowadza mnie znów na ścieżkę spokoju. To bowiem wspaniały sposób na skupienie w warunkach, które nijak nie służą skupieniu. Modlitwa "w drodze" uwolniła mnie od przygnębiających rozmyślań dotyczących przede wszystkim pracy i dnia codziennego, i przypomina mi nieustannie, że sama również jestem "w drodze". Że tu, na Ziemi, jestem jedynie przechodniem. Wędruję ciągle pomiędzy słowami i ciszą, wierząc, że to właśnie cisza absolutna będzie końcem wędrówki...
wtorek, 10 stycznia 2012, ingella