Dziś znajoma napisała mi, że nie lubi obchodzić Świąt, ale uwielbia je przygotowywać. No cóż. Koleżanka należy do osób "racjonalnych", więc niewierzących. Nic więc dziwnego, że obchodzenie Świąt w jej przypadku stanowi pewien problem. No bo owszem, spotkanie z rodziną i pyszne potrawy na stole dają jakąs satysfakcję, ale jednak chyba nie wystarczą (tak w ogóle to ostatnio, po rozmowie z inną znajomą, też niewierzącą, naszła mnie pewna refleksja, że ateiści powinni w Boże Narodzenie chodzić do pracy. Po prostu. Problem wtedy by raczej zniknął i byłoby to nawet logiczne, tylko niestety trudne do zweryfikowania...)
Wracając do stwierdzenia koleżanki, to powtarzam, nawet jej się nie dziwię. Smutne jest jednakże coś innego: jakieś 90% osób wierzących mówi bowiem dokładnie to samo. Że przygotowania fajnie, super nawet, tylko co potem??? Niby mamy nadzieje, że będzie fajniej niż rok temu, ale znowu jest to samo. Co robić w czasie tych dwóch dziwnych dni, ktore nie wiadomo dlaczego dłużą się niemiłosiernie? Co robić, gdy "Kevin" już odfajkowany,prezenty odpakowane, a połowa znajomych jednak zniknęła z fejsa? Co, do cholery, robić?
A może po prostu się pomodlić? Samemu albo wspólnie? Chociaż raz? No tak, fajnie, ktoś powie, ale jak? Nie wiem, bo jestem niepraktykujący. Więc niby Bóg ok, ale cała reszta już jakoś dziwnie. Poza tym w ciemnym pokoju, sam, to jeszcze jakoś ujdzie, ale wspólna modlitwa, to juz lekka przesada. Nie wiadomo, co zrobić z rękami, nogami i oczami. Głupio jak diabli. Wspólnie to możemy "Kevina" odfajkować, a nie jakieś staroświeckie dyrdymały...
To może chociaż porozmawiać? Cały wieczór, albo i dłużej? Tak po prostu wspólnie porozmawiać? No tak, super, ale...o czym? Bez sensu, szkoda czasu, znajomi na fejsie czekają...
To może po prostu posiedzieć w ciszy? I pooddychać? Eee...A co to jest CISZA?
Ja też kiedyś byłam "wierząca niepraktykująca". Z perspektywy lat widzę, że byłam po prostu "żyjąca nieoddychająca"...
środa, 21 grudnia 2011, ingella