Pewien Eremita tak pisał: Najgorszą pokusą dla wielu osób jest chęć sprowadzenia Boga do ludzkiego pragnienia widzenia i dotykania, aby uzyskać z Nieba uspokajające pewniki dotyczące władzy niewidzialnego Stwórcy lub własnej przyszłości. To chyba największa bolączka ludzi. I nie chodzi mi o racjonalistów-ateistów, ale przede wszystkim o tych, którzy codziennie deklarują swoją wiarę. Ci również bez przerwy szukają znaków na Ziemi i Niebie, które potwierdzałyby to, że ich wiara nie jest bez sensu. To szukanie znaków obejmuje również wieczne chciejstwo i prośby kierowane w przestworza. Jeśli się spełni, to znaczy, że Bóg istnieje. Jeżeli nie czas poszukać innych bożków.
Ostatnio rozbawiła mnie, a jednocześnie zasmuciła jedna sytuacja: pewien niewierzący kolega stwierdził, że wcale by się nie zdziwił, gdyby Reptilianie istnieli naprawdę. Dla niewtajemniczonych, Reptilianie to gadzie istoty zamieszkujące kosmos, które żywią się energią ludzi i mają na Ziemi swoich szpiegów. Niezmiernie intrygująca, niuejdżowska teoryjka, w której możemy odnaleźć między innymi elementy gnostyckie, interpretację kalendarza Majów plus ufologię razem wzięte. Czyli to, co filozofia New Age kocha najbardziej. No i słyszę od inteligentnego kolegi, że wcale by się nie zdziwił, gdyby tam mieszkały takie istoty, które żywią się naszą energią. Ale Bóg? Taki zabobon? Ciemniactwo straszne. W końcu nie po to studiował fizykę, żeby w jakiegoś Stwórcę wierzyć. Hmmm No właśnie. Nie po to studiował i po wielu latach praktykowania wiary nawrócił się na racjonalizm, żeby podtrzymywać mit istnienia Boga. Ale w Reptilian jest skłonny uwierzyć. Niech mi ktoś wytłumaczy, o co w tym chodzi? Dlaczego zajadli racjonaliści stawiają sobie tarota? (mam taką koleżankę w pracy) i jak to się ma do rozumowego pojmowania rzeczywistości? Albo namiętnie układają horoskopy urodzeniowe (sama miałam kiedyś taki :)). Dzieje się tak dlatego, że sceptycyzm i niewiara prowadzą do ogromnej pustki. A człowiek został tak stworzony, że pustki nienawidzi. I dlatego wybiera innych bogów, których można widzieć i dotknąć. Tych racjonalnych i tych zupełnie magicznych.
Wśród znajomych i członków rodziny mam kilku takich niewierzących, którzy, gdyby tylko się odkryli na powrót Boga, byliby najbardziej zagorzałymi wiernymi. Codziennie podziwiam ich zaangażowanie i zapał, gdy prowadzą swoje dyskusje oparte na lewicowych teoriach społecznych. Jedna znajoma tak kiedyś powiedziała, gdy uśmiechem kwitowałam jej monolog na jeden z tematów o lewackiej proweniencji: Bo ty się Gośka śmiejesz, ale ja naprawdę w to wierzę!. No i super. Brat T. również mocno wierzy i jeszcze mocniej się angażuje w różne naprawcze i oddolne akcje. I równie mocno zaprzecza istnieniu Boga. To mnie od jakiegoś czasu fascynuje niezmiernie. Wierzą mocno w to, co następni obalą w kolejnych książkach. Potrafią godzinami dyskutować o teoriach i nazwiskach, które za 10 lat znajdą się na śmietniku historii, angażując w to całe swoje Ja (albo jedne z Ja, bo współcześnie jest to sprawa dyskusyjna). A nie chcą nawet chwili poświęcić na zastanowienie się nad pytaniem, które może się okazać najważniejszym pytaniem w ich życiu: a może jednak Bóg istnieje? W końcu jeszcze żaden racjonalista NIE udowodnił, że jest inaczej (tak, tak, oczywiście, są takie mądre, wspaniałe autorytety jak Dawkins, przecież napisał fajną książkę, w której udowadnia że Bóg nie istnieje. No tak. A taki drugi, Flew, równie zagorzały filozof racjonalista i logik, kilka lat później masakruje Dawkinsa w swojej książce i udowadnia, stosując takie same argumenty, że jednak istnieje :)).
No tak, niby nikt nie udowodnił. Ale dlaczego powinien? Dlaczego zapomnieliśmy, że Bóg jest największą tajemnicą ze wszystkich tajemnic? A ile jest warta tajemnica odkryta? Nic Zapominamy, że żaden człowiek posługując się własnym rozumem nie udowodni ani istnienia, ani nieistnienia Boga. Bo nasz rozumek jest za mały. Ale człowiek woli wierzyć oświeceniowym filozofom, którzy ustanowili kult tego rozumku, zamiast uwierzyć w to, że ponad nami jest Ktoś, kto posiada rozum znacznie większy. A nasz jest jedynie jego mizernym odbiciemPrzecież tyle razy już nas zawiódł...
Jedna z moich dawnych znajomych, również zagorzała ateistka (swoją drogą bardzo agresywna, ale to raczej norma) napisała kiedyś takie zdanie komentując modlitwę małego dziecka, której była świadkiem: Biedne dziecko. Nie WIE jeszcze, że Bóg nie istnieje. Super. Fajnie, że ona to WIE. Naprawdę, zazdroszczę jej tej WIEDZY Ta żadnych dowodów nie potrzebuje. Wie i już. Rozum jej powiedział. Pytanie tylko, kto tu jednak jest biedny?
Tym pytaniem wracam znowu do ostatniego wpisu i babci W. Nie przypominam sobie, żeby Ona chociaż raz w życiu poddała w wątpliwość istnienie Boga. Dlatego uważam, że była najbogatsza z nas wszystkich. Posiadała coś, czego inni nie mają w ogóle, a inni często tracą: niezmierzoną ufność. Wiedziała, że Bóg istnieje. I teraz mówiąc bez cienia ironii, można było rzeczywiście zazdrościć jej tej WIEDZY... Opartej na wierze, nie na racjonalnych dowodach. Miesiąc po śmierci babci jechałyśmy z kuzynką J. do Krzeszowa na sesję medytacyjną. I obie zgodnie stwierdziłyśmy, że miałyśmy obok siebie wspaniały wzór do naśladowania, a zupełnie nie potrafiłyśmy tego dostrzec. Wzór cudownej pokory i prostoty życia. Gdy przeanalizujemy Jej życie, dojdziemy do wniosku, że to właśnie ono stanowi wspaniały dowód na istnienie Boga...
czwartek, 29 grudnia 2011, ingella