Dziś właściwie kontynuacja ostatniego tematu. Wizyta w pierwszy dzień Świąt u rodziny w W. sprawiła, że z podwójną siłą przypomniała nam się babcia, która odeszła w lutym tego roku. Tak nagle, zostawiając nas wszystkich w trwającej do tej pory żałobie. Wczorajszy dzień, chociaż wesoły i radosny z powodu Świąt, to jednak bardzo smutny...O babci W. można by napisać bardzo wiele...i jednocześnie bardzo mało. Osoba kochana jakich mało. Gdy odeszła, odeszło całe nasze dzieciństwo. Nagle dorośliśmy, chociaż teoretycznie od dawna jesteśmy dorośli. Piszę to w imieniu wnuków, szczególnie swoim i kuzynki J. Jest wiele wspomnień, każde z nas ma swoje. Dla mnie babcia to przede wszystkim niesamowita pogoda ducha. Nie znam drugiej takiej osoby, która w naszej obecności zawsze byłaby uśmiechnięta. Jeszcze gdy dawno temu pracowała i wracała zmęczona do domu, nigdy nie kazała nam iść do innego pokoju się bawić, bo musi odpocząć. Zamęczałyśmy ją godzinami, a ona nigdy nie była zniecierpliwiona. Wyciągałyśmy jej z szafy najpiękniejsze kolorowe apaszki i bawiłyśmy się w kolibry, wycinałyśmy razem obwarzanki, ja szklanką, J. kieliszkiem (lub na odwrót :)) i jadłyśmy jeszcze gorące. Wiele lat z rzędu, tradycyjnie w każdą niedzielę, babcia smażyła bliny. Pierwsze zawsze były dla nas, stałyśmy przy szafce, wcinając ociekające masłem. Jednym z bardziej wyrazistych wspomnień łąćzą się z mszami w kościele, na które zabierała nas babcia. Siedziałyśmy na chórze, słuchając jak śpiewa (a śpiewała głośno:)) i ze strachem i podziwem oglądałyśmy malowidła na ścianach (przerażało nas szczególnie jedno, z jakimś świętym, obok którego siedział lew). Najbardziej fascynujące były jednak głowy jeleni z ogromnym porożem wiszące na chórze i pełniące rolę żyrandoli. Patrzyły na nas ciągle swoimi wielkimi oczami. Do dzisiaj pamiętam ten specyficzny zapach wydmińskiego kościoła, zapach kadzidła i starego drewna.
Gdy dorośliśmy, babcia przeżywała mocno nasze "życie w grzechu". Każde z nas odeszło bowiem na długo od Boga i Jego zasad. Nigdy jednak nie słyszeliśmy, żeby prawiła nam kazania (podobno trochę suszyła głowę naszym matkom :)) Gdy poruszała ten temat, my z minami światowców próbowałyśmy uświadomić ją, że "teraz są inne czasy babciu". "No tak, no tak". Do dziś pamiętam, jak spędzałam u niej wakacje jako studentka i babcia weszła któregoś wieczoru do pokoju pytając cicho: "Małgorzatko, a ty nie odmawiasz pacierza?" Nie, wtedy nie modliłam się wcale. Przecież nie będzie się modlił ten, kto twierdzi, że teraz są inne czasy. I do dziś pamiętam, jak mi się zrobiło przykro i głupio, gdy babcia pokręciła głową i wyszła. Za chwilę usłyszałam, jak modli się za mnie.
Umarła w lutym po krótkiej chorobie. Gdy na pogrzebie wzięłam do ręki jej modlitewnik zauważyłam, że najbardziej zużyte są trzy kartki, zaznaczone roboczymi zakładkami. Te, na których napisane były modlitwy: za rodzinę, za dorosłe dzieci i wnuki. Modliła się codziennie, wytrwale, za "moje kochane dzieciaczki", jak nas nazywała. I wymodliła to, co chciała wymodlić. Nic lepszego nie mogła nam dać. Jestem pewna, że to głównie dzięki niej otworzyłam się po tylu latach na Boga.
Po pogrzebie zapytałam ciocię, co mogę wziąć na pamiątkę po babci. Otworzyłyśmy jej szafkę i jedyną rzeczą, którą mogłam zabrać był jeden z kilku różańców, stary, drewniany, z którego paciorków zeszła farbka od wieloletniej modlitwy. Pachniał wydmińskim kościołem. Nie miała nic innego poza rzeczami codziennego użytku. Wciąż było słychać, jak mówiła: "A do czego mi to, czy tamto potrzebne?". Albo: "Oby tylko Pan Bóg dał zdrowie. Nic więcej nie trzeba".
Jedno z ładniejszych wspomnień, które dotyczą babci W. pochodzi z jesieni, sprzed mniej więcej 10 lat. Pamiętam, jak wychodziłam na pociąg jadąc do domu. Babcia siedziała na podwórku ciesząc się ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Podeszłam do niej i pożegnałam się: "To cześć, babciu, trzymaj się". A babcia na to: "Trzymam się dzieciaku. Trzymam się wiatru..."
To była najbogatsza osoba jaką znam...
I bardzo, bardzo mi jej brakuje...
poniedziałek, 26 grudnia 2011, ingella