Swego czasu cała Polska miała za złe ówczesnemu wicepremierowi (a może marszałkowi Sejmu? nie pamiętam) określenie "wykształciuchy". Dla tych wszystkich, którym owo okreslenie odbiło się radosnym, nieraz szyderczym rechotem, mam kiepską wiadomość: wykstzałciuchy istnieją. Istnieją i mają się dobrze.
Wątpię, by moja definicja wykształciucha pokrywała sie z definicją autorstwa Ludwika Dorna. Tym niemniej obraz wykształciucha jawi mi się dziś wyraźnie.
Wykształciuch - to osobnik z formalnym wyższym wykształceniem. Zazwyczaj robiący karierę i nieźle zarabiający. Od tysięcy podobnych mu ludzi odróżnia go kompletny brak wiedzy o świecie. Zabiera głos na tematy, o jakich nie ma pojęcia. Uważa, że zna sie na wszystkim, bo dostał dyplom ukończenia wyższej uczelni i zarabia powyżej średniej krajowej. To upoważnia go do wygłaszania kategorycznych poglądów. Najczęściej tych politycznie poprawnych lub modnych w "towarzystwie".
Chcecie rozpoznać wykształciucha? Zapewne wie najlepiej, że Polsce niepotrzebna jest armia, bo jesteśmy w NATO i Unii Europejskiej. Przemoc i klaps dany dziecku w imię dobrego wychowania to już wykształciuch zbrodnia, ale aborcja - to podstawowe prawo człowieka (już narodzonego, rzecz jasna). Zakaz sprzedaży narkotyków to dla niego paranoja i prawicowy absurd. Oświecenie to dla niego nie zdobywanie wiedzy, ale swoboda obyczajowa.
Wykształciuch wie najlepiej, co dla niego i innych jest najlepsze. Jest tolerancyjny - toleruje tylko innych wykształciuchów głośzących podobne poglądy. Wie,jakie poglądy są słuszne (w salonie), a jakie oszołomskie.Imie dyskutować na argumenty, pod waruinkiem, że to są jego argumenty. I zawsze ma rację.
Mamy w zachodnim świecie ładnych kilkadziesiąt milionów wykształciuchów - bezkrytycznych naśladowców jedynie słusznych idei i pogladów. Nie pojmują oni sprzeczności we włąsnych poglądach, bo samodzielne myślenie mają mocno ograniczone. Nie zgłębiają złożoności różnych zagadnień życia, bo do szczęscia wystarcza im medialna papka plus niczym nieskrępowane poczucie wyższości.
Wykształciuchowatoćś jest produktem naszych czasów - produktem mass mediów, kultury obrazkowo-esemesowej, uznania, że miejsce książki jest na półce i w bibliotece, ale na pewno nie przed oczami czytelnika. To efekt ograniczania programów nauczania i wąskiej specjalizacji. To skutek powstawania jak grzyby po deszczu szkół prywatnych, będących fabryczkami pieniędzy, ale raczej nie dobrze wykształconych absolwentów. To skutek przeświadczenia, że do życiowego sukcesu wystarczy garść umiejętności zawodowych. W końcu - po co sprzedawcy telefonów znajomość historii (poza historią produktów z ostatnich sześciu miesięcy) albo matematyki na poziomie wyższym od zliczania przychodów?
piątek, 08 sierpnia 2008, maciej_kozinski