Co ma wspólnego Brandys z Tokarczuk?
W dobie telewizji mówi się czasem o kryzysie czytelnictwa, ale jak się już dobrą książkę do rąk weźmie, to wrażenia mogą być niezapomniane. Marian Brandys pisał już o potędze literatury, a ściślej mówiąc "Trylogii" Henryka Sienkiewicza, nad którą łzy wzruszenia wylewała ciotka Gabrysia. Gdyby literatura tylko wzruszała, wszystko byłoby w porządku, ale literatura potrafi oburzać, a nawet rozpętać potężną burzę. U Brandysa mamy tylko romantyczną anegdotę, ale i rzeczywistość nie skąpi dowodów, że czytanie może dotknąć, a przekonali się o tym uczniowie jednej z wileńskich szkół, którzy sięgnęli po "Prawiek i inne czasy" Olgi Tokarczuk.
O odbiorze literatury...
Już dawno zostało dowiedzione, że czytając tą samą książkę za każdym razem odbieramy ją inaczej, a różni ludzie różne rzeczy dostrzegają w jednym utworze. Nic dziwnego, wszak tak też postrzegamy świat. Książka "Prawiek i inne czasy", bądź co bądź, lektura szkolna i utwór bogaty w treść i niekoniecznie łatwy w odbiorze bez odpowiedniego przygotowania, skoncentrowała na sobie uwagę nie tylko uczniów, ale i rodziców głównie kilkoma epizodami. Chodzi mianowicie o scenę gwałtu oraz seksu z kozą.
Uczniom najwyraźniej odważne ukazanie tych kwestii w książce, bardzo się spodobało, bo chodzą z książką po szkole i czytają fragmenty z kolegami. Nie umknęło to uwadze rodziców (bardzo dobrze, że czujnym na poczynania pociech) i ci już niekoniecznie są tym zachwyceni. Oczywiście i nauczyciele, i dyrekcja znaleźli się w niezręcznej sytuacji i próbują bronić lektury. Słusznie, czy nie?
Tokarczuk- tak czy nie?
Książka niewątpliwie skłania do refleksji nad życiem każdego z nas, kolejami losu, rolą historii w życiu zwykłego człowieka, zajętego codziennymi troskami. Ta książka to idealna okazja dla rodziców i nauczycieli poruszania z młodymi ludźmi tematów, z którymi ciężko czasem sobie wszystkim poradzić. Ta lektura jest prawdziwa sama w sobie, bo nic się tam nie pojawia, czego nie można spotkać w życiu, choć czasem zamyka się oczy i nie widzi, bo tak jest o wiele prościej. Czy oburzenie rodziców wynika z chęci chronienia dzieci przed poznaniem zwykłej rzeczywistości, czy jest efektem niechęci wobec trudnej rozmowy z dzieckiem?
W momencie, gdy największą wartością dla wielu ludzi jest pieniądz, a rodzice zaganiają za nim, by zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość, może zamiast oburzać się na książkę Tokarczuk, po prostu lepiej siąść i o niej mądrze porozmawiać z ludźmi, którzy wkraczają w dorosłe życie, a wiedzę o nim czerpią od kolegów i z Internetu. Książka skłania do refleksji, Internet i telewizja nie. Agresywna postawa niektórych rodziców może tylko nauczyć hipokryzji ich dzieci, a to czasem zwraca się również przeciw rodzicom. Roztropna rozmowa może być inwestycją w całe dorosłe życie młodego pokolenia.
Jak widać od czasów Brandysa nic a nic się nie zmieniliśmy, nadal literatura wywołuje w nas emocje:)
poniedziałek, 26 grudnia 2011, litwin84