To już...
Wturw pod kurek minął.
"Nie zmienię świata nie zmienię, nie mam żadnych złudzeń", po co dokładać do tego własne nerwy? I co prawda to prawda, ale pewnie za jakiś czas znów zacznie mi się zbierać.
Chciałoby się napisać, że wracam do pracy, ale... tak naprawdę wcale się z nią nie rozstałam. Czy to mi przeszkadza? Chyba nie bardzo. Pisałam gdzieś, że lubię swoją pracę, do tego znam się na niej i jeżeli coś się wali, w miarę szybko potrafię sobie z tym poradzić. Nie znaczy to jednak, że nie mam przy tym stresu, przecież wywalanie sie nie jest stanem normalnym. Przy każdej takiej akcji mam pomysł jak na przyszłość ułatwić sobie jeszcze bardziej pracę - bo "leniwa" jestem i nie lubię powtarzać czynności - wolę poświęcić trochę czasu na jakiś automat, który później zrobi coś za mnie... a ja tym czasem będę leżała/siedziała i pachła :) Jak tylko znajdę czas na napisanie tegoż automatu.
W każdym razie wracam do pracy - w sensie pobytu w biurze.
Jazda nad z z nad morza przekonała mnie, że jeździć to ja lubię, tylko może nie koniecznie po naszych "trasach". Porównania nie mam, więc nie będę pisać, że inne są lepsze - nie jeździłam po nich jako kierowca, a jako pasażer mogę mieć inne odczucia. Na plus dla naszych dróg chyba tylko szerokość (w porównaniu do UK czy Belgii które wydają mi się węższe) i tyle. Bo jakość (nie piszę żadnych nowości) pozostawia wiele do życzenia.
Jechałam eską i autostradą. 300 km w ok. 3 godziny. Pozostałe 150 zajęło cztery. C z t e r y godziny. Trasa. Ja wiem, że teraz jest gorzej, by mogło być lepiej. (przebudowy, budowy, utrudnienia...), jednak znaki ograniczające prędkość bo "wyboje" - to woła o pomstę.
Oczywiście że taniej jest postawić znak na trasie - bo to nie jakieś szosy boczne, czy drogi wiejskie - ograniczające prędkość do 30 km i tak
przez parę(naście) kilometrów niż łatać. Taniej zrobić rondo niż bezkolizyjne skrzyżowanie. Do ronda w korku tylko 20 minut, a co to jest 3 km korek.
I ja to rozumiem. Nie ma pieniędzy na remonty, nie ma pieniędzy na nowe drogi, a nawet jeżeli można je otrzymać jako dofinansowanie z UE, to coś nie wychodzi albo przetargi krzywe, albo źle wycenione i nie mogą dojść do realizacji lub co gorsza, są realizowane ale w jakości odpowiedniej cenie.
Może, gdybym nie jechała z Oliwią, która niczym Osioł ze Shrek'a ("are we there yet?") powtarzała kiedy będziemy w domu/sklepie/domu/ile ma lat/ect. dojechałabym do celu mniej zmęczona. A tak... Wcześniej był plan by na weekend majowy wziąć wolne i pojechać z moją sister do Wisły - plan upadł ze względu na przesunięcie urlopu - ale i tak po przyjeździe stwierdziłam, że chyba żadna siła nie zagnałaby mnie do samochodu na kolejne kilka godzin jazdy. :)
M. dojeżdża z Poznania. W poniedziałek rano. I wraca do domu pod koniec tygodnia. Tydzień w tydzień. Może można się przyzwyczaić, może rano jest inaczej, może na Poznań trasa jest lepsza (jechałam tylko do Sochaczewa, później odbijałam na Gdańsk). Podziwiam faceta. Chociaż z opowieści - nawet jeżeli troszkę koloryzuje - wychodzi że czasem nadzbyt się naraża, ale to moje zdanie i mogę je mieć, prawda?
W każdym razie - koniec urlopu, wracam do pracy, gdzie - ze względu na początek maja - najprawdopodobniej tydzień będzie spokojny, a ja, przez ciągły kontakt z firmą nie załamię się ilością zaległej poczty/spraw do załatwienia na już. :)
niedziela, 01 maja 2011, zycie_w_kolorach