Cóż to był za piękny dzień, ileż to cudownych chwili dziś spędziłem, nie zliczyłbym tego na palcach, nawet jakbym miał ich sto.
Rankiem dostałem cudowny list z gratulacjami od Profesora Leszkowicza, który rzadko kiedy chwali kogokolwiek prócz siebie, a i siebie rzadko chwali.
A tu proszę! Taki list otrzymałem Ja...
Szanowny Panie.
Jestem głęboko wstrząśnięty pańskim poematem dotyczącym powstania życia na ziemi.
Poemat jest napisany perfekcyjnym językiem a jego przesłanie wbiło mnie w fotel.
Dlatego też proszę o uznanie tego listu jako pochwałę z mojej strony.
Z poważaniem.
Nie minęły dwie godziny a dałem swój pierwszy wywiad do prasy, bardzo miła i przyjemna dziennikarka wypytywała mnie o wszystkie aspekty mojego życia, ale zadała jedno pytanie, które teraz wydaje mi się kluczowe.
- Czy nie boi się Pan gniewu Bożego? W końcu dość nieprzychylnie odnosi się pan w swojej pracy do Boga.
- Oczywiście, że się nie boję, w końcu jestem ateistą - gromko się zaśmiałem i prawie spadłem z krzesła.
Po południu wróciłem do domu i dostałem nagłego ataku weny, stworzyłem pięć czy tam sześć opowiastek, z których do czegokolwiek nadawały się może trzy, reszta trafiła do papierkowego raju - do śmietnika.
Niespodziewanie, z Nienacka - nastała noc.
Przed snem jeszcze rzuciłem okiem na ten mój poemat, który może jeszcze nie jest bardzo popularny ale jest na dobrej drodze.
Zawsze czas płata figle.
Figle są w moim zegarku wskazówką
Potocznie czas na ziemi Bóg ustala
A co, jeśli odejść chce a on mi nie pozwala?
Oczami mrugam, rękami klaszcze
A on wciąż na ziemi mnie trzyma i głaszcze.
Postanowienie moje.
Umrzeć już pora.
Umrzeć już czas.
Lecz Bóg na mnie patrzy mętnym wzrokiem
I woła i krzyczy, że czas on ustala
Że nie mnie decyzja w rękach zostaje złożona
A jego cierpliwości skrzynka została opróżniona.
I co z tym zrobić
Jak panem siebie być by w zgodzie z panem naszym być?
Odpowiedź jedno nasuwa pytanie
Czy Boga ja potrzebuję?
Czy tylko on mnie na swe wezwanie...
Ułożyłem się ładnie do snu na prawym boku i zmrużyłem oczy...
Szczekanie..
Pies...
Ocucony gromkim wyciem kundla przywdziałem czarny szlafrok i wyszedłem na podwórze zobaczyć co mój pies wyprawia.
Zostałem uderzony obuchem w głowę przez zamaskowaną postać w szarych skarpetkach; padłem jak kłoda na ziemię.
Zimno...
Leżę nago na zimnym cemencie, nie mam siły się ruszyć. Moje ręce i nogi skute są jeszcze zimniejszymi łańcuchami.
"Co ja tu robię? gdzie jestem?"
Nie mogłem ogarnąć wszystkich myśli piętrzących się w mojej głowie. Właśnie, głowa! Choć dostałem czymś ciężkim prosto w potylice to ona w ogóle mnie nie boli.
W czarne bezokienne pomieszczenie wkradło się jasne światło, drzwi na przeciw mnie otworzyły się z hukiem. Przez to ogromne światło widziałem tylko sylwetkę mojego oprawcy; była nienaturalnie duża a z pleców wyrastały jej jakieś dziwne... macki?
Podeszła do mnie bliżej i rozkuła mi kajdany. Wolność! - pomyślałem uradowany ale po chwili znów zacząłem myśleć racjonalnie... Ktoś mnie tu przywlókł, rozebrał, przykuł w kajdany by mnie teraz uwolnić?
Nie możliwe. Tak, to było nie możliwe...
Dziwna postać chwyciła mnie pod pachy i podniosła z ziemi, po czym zarzuciła mnie na plecy i wyszliśmy z tego więzienia.
Teraz już wiem co to za dziwne macki...
To są skrzydła, orle białe skrzydła... anielskie białe skrzydła...
- Dokąd mnie zabierasz - wyszeptałem przerażony.
- Sąd Cię czeka, grzeszniku - odparł głosem tak miłym i ciepłym, że pomimo tej całej sytuacji uśmiechnąłem się i wiedziałem, że nie spotka mnie tu nic złego.
Zostałem położony na niewygodnym krześle obok czterech tak samo nagich jak ja ludzi.
Rozpoznaję ich.
Rozpoznaję ich wygląd, szczególnie dwóch z nich...
Jeden o pokaźnej brodzie, krótko wyliniałych, siwych włosach, drugi o takim dziwnym spojrzeniu... Skąd ja ich znam...?
Nie miałem czasu zapytać... Na środku sali pojawiła się biała, świecąca postać, konturowo jak człowiek ale jednak taki bez kształtu. Jak gdyby był każdym człowiekiem na ziemi. Czy to Bóg?
- Tak to Bóg - odrzekł anioł stojący tuż obok nas.
- Witam was drodzy poeci - powiedziała bezkształtna postać.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, czy cokolwiek wypadałoby powiedzieć np. "cześć, Boże!". Wolałem przemilczeć.
- Zebraliśmy się tu - kontynuował - by was osądzić, jak i wy sądziliście mnie i innych.
Sądzić? Przypomniałem sobie moje dzisiejsze słowa "nie boje się, jestem ateistą". Tak, tak... Boję się jak wszyscy diabli. W końcu strach jest ceną wyobraźni i potrafię sobie wyobrazić, jaka kara może mnie czekać, jeżeli oczywiście jakakolwiek będzie.
- Zacznijmy po kolei... - Jan Kochanowski.
Brodacz wstał, już wiem, skąd go znałem, a ten drugi o dziwnym imieniu to na sto procent Mickiewicz. Tego jestem pewien, ale tych dwóch pozostałych nie znam...
- Zabrałem ze świata twoją córkę byś postrzegł w życiu jego kruchość, by twój talent wykiełkował w stronę: "świat jest piękny bo już jutro możemy nie żyć". A ty poszedłeś w stronę płaczu i lamentu, twoje dzieła zamiast sprawiać radość -wyciskały łzy. Za to spotka Cię teraz kara. Skazuje Cię na dwieście lat w nefrytowym pokoju, gdzie co dzień będziesz mógł oglądać swoją córkę, ale dotknąć, ani słowa zamienić z nią mógł nie będziesz...
Kochanowski krzycząc i wijąc się na ziemi został odprowadzony przez anioła do swojego pokoju.
Bóg skierował swój wzrok na człowieka o dziwnym spojrzeniu.
- Adam Mickiewicz - wyszeptał złowrogo. - Przez wieki porównywałeś swoją ojczyznę do mojego syna, jak Ci nie wstyd było! Śmierć maluczkich ogłaszasz mesjanizmem, to się prosi o pomstę do nieba! - Bóg zaśmiał się ze swojej gry słów... tylko on się zaśmiał...
- A co więcej! Papierowy bohaterze, nie brałeś nawet w tych - prychnął - mesjańskich czynach narodu udziału... za karę skazuję Cię na sto lat w szklanym domu Żeromskiego, gdzie co chwila cherubiny czytać Ci będą dzieła Słowackiego od Grobu Agamemnona po samego Kordiana.
Mickiewicz rozpłakał się soczyście ale nie wyrywał się... odszedł samotnie do szklanego pokoju.
Strach u mnie potęgował się z każdą chwilą! Na co mnie skarze?! Za co mnie skarze! ile dostane! rozpaczliwie patrzyłem na jego bez kształtne oczy, na kogo teraz spojrzą...
Bóg wirował wzrokiem, przeskakując po kolei po nas...
"Oby nie ja, oby nie ja..." - chciałem odwlec nieuniknione.
Zawiesił się na podstarzałym, uśmiechniętym mężczyźnie, któremu uśmiech nie schodził z twarzy choć przecież sytuacja była niezwykle groźna.
- Witold Gombrowicz! - Bóg klasnął w dłonie.
Tak oczywiście! to Gombrowicz, ale on tutaj? Co on takiego złego uczynił? Nie szydził przecież z Boga, o ile dobrze pamiętam.
- Bardzo, bardzo lubię twoją groteskę, drogi Witoldzie!
- Cieszę się niezmiernie.
- Ale...
- Wiedziałem, że będzie jakieś ale. W pozbawionej sensu sali zawsze jest jakieś ale, nawet jeśli to ale przybiera postać...
- Dobrze już dobrze... - przerwał mu Bóg. - Bo nowego Trans-Atlantyka stworzysz...
- Tak, tak.. no więc co mnie tu czeka?
- Nic, poza tym co ty zadałeś ludziom, dlatego bez kary od razu trafiasz do nieba, będziesz miał dużo czasu na pisanie.
Gombrowicz z uśmiechem przeszedł przez wielką bramę, aż dziw, że dopiero teraz ją ujrzałem, w końcu była tu od zawsze.
Ale tak, tak, tak! To dało mi nadzieję, nie wszystkich czeka kara, to nie jest sąd grzeszników to jest sąd ogólny, mogę trafić do nieba!
Teraz role się odwróciły, już nie patrzyłem na Boga w strachu, no może lekkim, ale nie takim przeszywającym jak chwilę temu. Teraz miałem szansę, już nie chciałem czekać, miałem ochotę mu pomachać i wrzasnąć: "halo, halo tu jestem!" by mieć ten osąd już za sobą.
Ale nie...
Bóg najechał wzrokiem na kolejną osobę.
- Tadeusz Różewicz.
Starszy mężczyzna wstał z miejsca jak przystało na prawdziwego Dżentelmena.
- Pragnąłeś jedynie spokoju w życiu i ten spokój ja ofiaruję Ci po śmierci. Witaj w niebie, synu.
Wielka chwila.
Wielki moment.
Przyszedł czas na mnie.
Bóg przeszył mnie wzrokiem i spojrzał na mnie dosadnie... Byłem już pewien, że nie trafię od razu do nieba...
- Sebastian Lewy - wyszeptał złowrogo.
- Tak? - odparłem cicho.
- Wiesz, czemu dałem Ci talent?
- Nie mam pojęcia.
- Myślisz, że talent to takie hop siup, każdy może dostać? Wiesz, ile naszukałem się odpowiedniej osoby, by ten dar ofiarować?
- Zawiodłem?
- Na całej lini! Pisałeś jakieś durnoty do prasy, a to, co naprawdę wartościowe, te wielgachne książki, które tworzysz chowasz do szafki? By nikt tego nie ujrzał?
- Ale...
- Nie ma tu żadnego ale, dałem Ci talent byś podzielił się nim ze światem a ty okazałeś się samolubem większym niż ktokolwiek inny, trzymałeś to dla siebie...
- I jeszcze pewnie dojdzie do tego to, że pisałem o tobie Boże niezbyt przychylnie...
- Żartujesz? Mam poczucie humoru większe niż sobie wyobrażasz. Rozumiem żart i ironię, nie kryję urazy za to...
- Jaka spotka mnie kara?
- Najsurowsza, jaką kiedykolwiek poecie wymierzyłem.
Przełknąłem ślinę, co może być gorszego od stu lat słuchania wypocin Słowackiego! (wielkim poetą był, prawda?)
- Jaka? - zapytałem zrezygnowany.
- Pięć lat w pokoju piór.
Co? Pięć lat? Tylko? To ta najstraszliwsza kara? Jakoś to przeżyję!
Uśmiechnięty poszedłem wraz z aniołem do tego pokoju.
Był widny, miał dużo okien przez które rozchodził się piękny widok... łąki, drzewa, małe jezioro...
Nie mogłem uwierzyć, że to moja kara!
Usiadłem przy biurko, na którym leżała masa kartek, lekkim okiem powiem, że było ich tam od dwudziestu do trzydziestu tysięcy...
Otworzyłem szufladę a tam masa! Konkretna masa długopisów, piór, i wszelkiego rodzaju mazideł.
Raj! Dla pisarza pięć lat ciszy, spokoju, piękne widoki, kartki, papier - to istny raj!
Chwyciłem pierwszy lepszy długopis i zacząłem pisać i jednocześnie nie zacząłem...
Długopis nie pisał.
Chwyciłem następny.
Nie pisał...
Kolejny - nie pisał.
Jeszcze jeden - nie pisał.
Różowy flamaster - nie pisze.
Wydarłem sobie włosy z głowy, krzycząc donośniej niż ścianę obok Mickiewicz czy Kochanowski.
Największa kara, jaką może dostać poeta to niemożność pisania.
