Życie jakie sobie obrał Raul było według niego idealne. Życie bez zmartwień, obowiązków, przywiązania, sztucznego przeświadczenia, że jest komuś potrzebny, czy jakichkolwiek uczyć wyższych.
Uważał się za wolno latającego ptaka, który wraz z kumplami może zwojować cały świat i wszystkie galaktyki poza nim. Dni tygodnia były dla niego sekundnikiem, wpatrywał się w zegarową tarczę życia i w cierpliwym letargu odczekiwał sześćdziesiąt sekund do weekendu. Jedynie wtedy mógł rozwinąć swe koślawe skrzydła i fruwać po imprezach, bo tylko to cenił w życiu, jak i życie ceniło go tylko za to.
Część I: Yo.....
Na wpół przytomny Raul wraz ze swoimi przyjaciółmi wracał z imprezy, na której to co moralne ustępuje pola temu co dzikie. W promilowych okrzykach zeszli z ulicy do małej, zaniedbanej stacji metra. Ludzie wokół nich rozstępowali się niczym wody przed Mojżeszem, bali się ich, bali się Raula. Ludzie zawsze boją się wszystkiego czego nie rozumieją.
Z impetem weszli do pierwszego lepszego wagonu metra. Wygłupiali się na wszystkie możliwe sposoby, często zaczepiali nieznanych im ludzi, nie żeby zrobić im krzywdę ale by się z nich trochę pośmiać, z ich poważnych min i naturalnego ludzkiego strachu.
Śmiejący się wniebogłosy Raul nagle zamarł.
Nie wiedzieć czemu, machinalnie skręcił głowę w lewo i wyjrzał przez małe plastikowe okienko.
Po drugiej stronie peronu stały wagony metra podróżujące w przeciwnym kierunku. To właśnie w jednym z nich jego szeroko otwarte oczy spotkały się z jej oczami. Raul poczuł najpierw bolesne ściśnięcie serca. Na chwilę jego najcenniejszy mięsień stanął w miejscu... po czym z impetem serce ruszyło do pracy dwa razy szybciej niż zazwyczaj...
Drzwi wagonu poczęły się zamykać, było to szybkim otrzeźwieniem dla Raula, który w ostatniej chwili przez nie wyskoczył, pędząc na złamanie karku na drugą stronę peronu.
Był tuż tuż, gdy drzwi metra, w którym była dziewczyna zamknęły się po cichu. Raul nie był w stanie wyhamować i z ogromną prędkością uderzył w nie głową. Krew pociekła wartkim strumieniem po jego czole. To nie było w tym momencie dla niego ważne, bowiem stali naprzeciw siebie, oddzieleni metalowo-szklaną zaporą. Tak blisko a tak daleko.
Metro powoli ruszało, młodzi dalej byli w siebie wpatrzeni, jak dwa obrazy zawieszone naprzeciw siebie, których wzrok nie może się ruszyć nawet o milimetr.
Jej wagon zniknął w ciemnym tunelu, zostawiając po sobie jedynie ciche odgłosy uderzania kół o tory.
Raul znów odczuł ścisk w sercu, które znów zaczęło działać na wyższych obrotach. Ruszył pędem do wyjścia z metra taranując przy tym masę ludzi. Wybiegł na ulicę i nie zważając na przejeżdżające samochody zaczął gnać środkiem jezdni w kierunku odjeżdżającego wagonu. Dobrze znał tę trasę, dobrze wiedział, że nie jest w stanie przebiec dwóch kilometrów szybciej od jadącego metra. Mimo to biegł ile sił w nogach. W oddali dostrzegł dziecko jadące na deskorolce. Krzyknął w jego kierunku najgłośniej jak potrafił:
- Dam Ci dwie dychy za deskę!
Dziecko z początku zdziwione, potem z łobuzerskim uśmiechem odkrzyczało:
- Pięć dych!
Raul cicho zaklął pod nosem i przycisnął banknot do piersi dziecka, tym samym
spychając go z deskorolki. Raul za młodu potrafił wyśmienicie ujeżdżać ten kawałek drewna, dlatego mógł podróżować nią szybciej niż biegiem. Wjechał na chodnik zrobiony z prześwitujących krat, pod którymi znajdowały się tory. Patrzył na nie uważnie, modląc się w duchu by go nie wyprzedził.
Po chwili jednak rozpędzone tony stali mignęły mu pod nogami a był dopiero w połowie drogi...
Wjechał z powrotem na jezdnię, złapał się ruszającego samochodu i dał się pociągnąć dobre pół kilometra, nim deska nie wytrzymała tak dużej prędkości i rozpadła się w drobny mak.
Raul z impetem przekoziołkował przez asfalt, nie zważając na rozdarte spodnie, ociekającą krew z kolana i prawdopodobny wstrząs mózgu; pognał po schodach w dół stacji metra.
Przeskoczył barierkę opłat, ignorując próbujące zatrzymać go krzyki ochroniarza i pognał na peron.
Spóźnił się... o moment... o chwilę... znów zobaczył wagon metra znikający w
tunelu... oparł się o kolumnę, jego serce przestało bić jak oszalałe, dopiero teraz poczuł zmęczenie i ból ran, jakich dziś doznał. Wzrokiem wtopionym w kafelkową podłogę próbował uspokoić swój umysł i szybki oddech.
Gdy nagle usłyszał cienki i piękny damski głos:
- Cześć.
Z trudem podniósł głowę... to była ona... stała przed nim, tym razem nie było między nimi żadnej bariery.
Próbował zapytać się o jej imię, ale przez rozziajany oddech wydusił jedynie niewyraźne: - Jak...
- Yoko - odparła jak gdyby czytając w jego umyśle.
W tym momencie Raula popchnął na ziemię ochroniarz.
- Yoko... dziwne, nie jesteś przecież Japonką - powiedział Raul zakuwany w kajdany.
- Raul... dziwne, nie jesteś przecież Hiszpanem - zripostowała machinalnie.
- Tam, gdzie zmierzam... - dodał Raul, gdy ochroniarz zaczął go podnosić z ziemi - będę mógł wykonać tylko jeden telefon.
Yoko bez słowa wsunęła mu niechlujnie podarty kawałek papieru z numerem telefonu.
Raul nic nie odpowiedział, ochroniarz zabrał go z peronu. A Yoko czekała na podjazd kolejnego wagonu metra, bo aby go spotkać wysiadła o wiele za wcześnie... Szansę, że On za nią pobiegnie były tak samo nikłe jak te, że Raul zdąży przedostać się na najbliższą stację szybciej od metra.
Nikłe szanse.
Część II: Yo jestem Raul...
Po wyjściu z aresztu, Raul i Yoko spotkali się parę razy. Każde ich spotkanie było czymś niebywałym i przesiąkniętym magią. Gdy rozmawiali wydało się, że znają się od wielu lat.
Każde ich spotkanie wywoływało u obojga uśmiech i wibracje ciała, utrzymujące się jeszcze długo po zakończeniu spotkania...
Byli w sobie zakochani, wiedziało to ich całe otoczenie; znajomi jak i Ci nieznajomi, którzy mogli stwierdzić ten niepodważalny fakt jednym spojrzeniem, skierowanym na nich.
Mimo, iż biła od nich miłość oświetlająca nawet najciemniejsze lochy, to oni żyli we wzajemnej nieświadomości, nie byli pewni uczuć drugiej strony, przez co ich uczucie nie mogło przeskoczyć na wyższy szczebel świadomości.
Zmiana nastąpiła dwudziestego czwartego sierpnia, kiedy to wybrali się na nocny spacer ulicami miasta. Rozmawiali o sprawach nieważnych dla świata ale ważnych dla nich, byli tak zafascynowani rozmową, że nie czuli upływającego czasu ani kilometrów, które wspólnie przebyli.
Yoko dopiero po jakimś czasie zauważyła, że nie chodzą już po chodniku lecz po leśnej ścieżce. Ich piesza podróż wywiodła ich z dala od aglomeracyjnego zgiełku i smrodu.
Nie wiedzieli gdzie są, ale mimo tego i tak parli naprzód, wyszli z lasu wprost na małe wzniesienie, z którego można było dostrzec szczyty gór oddalone od nich o dziesiątki kilometrów. Usiedli na trawie wpatrzeni w niebo, gdy nagle spadająca gwiazda oświetliła czarne jak smoła sklepienie jaskrawym łukiem.
- Pomyśl życzenie! - wypaliła Yoko z uśmiechem.
- Nie muszę, mam wszystko czego pragnę - odparł Raul z zawstydzoną miną, po czym cichutko, tak aby Yoko go nie usłyszała, dodał - no... prawie wszystko.
Kolejna gwiazda przeszyła sklepienie.
- Teraz ty pomyśl życzenie...
- Mam nadzieję... że się spełni... - odparła Yoko jąkając się niemiłosiernie.
Na czarnym niebie pojawiła się jaśniejsza plama, która powoli zaczęła wypierać złowrogą czerń. Z tej jasnej plamy na sklepieniu spadały gwiazdy, jedna po drugiej... Raul z początku je liczył, potem stracił rachubę.
- Tyle gwiazd chce spełnić nasze życzenia - wypalił Raul trzęsąc się ze stresu. - Nie możemy powiedzieć czego sobie życzyliśmy bo się nie spełnią...
Yoko przytaknęła a jej wieczny uśmiech zniknął.
Zza gór pierwsze promienie słońca poczęły pieścić ich twarze, Raul zacisnął pięść... i namiętnie pocałował Yoko... bał się odrzucenia ale jego uczucie przezwyciężyło strach, który był bezpodstawny i głupi.
Pośród spadających gwiazd i wschodzącego słońca, odwieczni kochankowie okazali sobie to, co tak długo skrywali.
Od tego momentu stali się jednym palcem tej samej dłoni zwanej światem.
Część III: Yo, jestem Raul i chcę oddać za ciebie życie
Czas mijał, Raul przestał żyć w letargu, dzięki Yoko rozprostował w końcu swoje krzywe skrzydła, które teraz otworzone na oścież pozwalały mu latać wyżej niż kiedykolwiek.
Dni tygodnia nabrały nowego znaczenia, nie były już tylko przystankami pomiędzy weekendami. Choć ich związek trwał już parę lat, choć już było dawno po ich zaręczynach to ta relacja nie straciła nawet odrobiny ze swojej magi. Każde ich spotkanie wyglądało jak pierwsze. Zawsze budzili się rankiem w tym samym momencie, jak i w tym samym momencie zasypiali nocą.
Nikt nie mógł tego zepsuć... Nic poza wolą losu.
Pewnego słonecznego dnia, w niewielkim osiedlowym sklepie z warzywami, Yoko osunęła się na podłogę. Było to tak niespodziewane, że jej odwieczny uśmiech nie zdążył zniknąć z jej twarzy.
Wada serca - wyroki lekarzy zawsze są bardziej surowe od wyroków sędziów, w tym wypadku nie było inaczej. Przeszczep albo śmierć.
Raul nigdy nie płakał w swoim życiu... Nie płakał, gdy ojciec go bił, nie płakał, gdy umarła jego matka, nie płakał po swych miłosnych zawodach, nie płakał nawet jako niemowlę...
Samotnie leżąc na łóżku opasany zmiętolonym prześcieradłem płakał... czuł się bezradny... nachodziły go miliony myśli, z którymi po kolei się zmierzał, próbował znaleźć rozwiązanie... Aż w końcu znalazł.
Następnego dnia udał się do szpitala, do Yoko. Najchętniej siedziałby tam całe dnie, ale lekarze z uwagi na stan pacjentki pozwalali jedynie na krótkie wizyty.
Gdy wszedł do sali, w której leżała, bezwiednie się uśmiechnął, miał ochotę płakać. Jednak jej widok, jej żywe spojrzenie odtrąciło od niego troski; liczyła się chwila, tu i teraz, nie przyszłość.
- Skarbie, musisz być silna! - wypalił łapiąc ją mocno za rękę.
- Wszystko będzie dobrze, nie martw się - odparła i choć próbowała, to jednak łza pojawiła się w kąciku jej oka.
- Pamiętasz... co powiedziałem podczas oświadczyn? - zapytał nie spuszczając z niej oczu.
- Pamiętam doskonale - odparła lekko zdezorientowana.
- To dobrze... Kocham Cię - powiedział i pocałował ją... Spadające krople w kroplówce i światło bocznej lampy nieudolnie naśladowało miejsce ich pierwszego pocałunku to jednak czuli to samo co tamtego dnia.
- Ja Ciebie też kocham...
Raul wyszedł ze szpitala, miał czysty umysł, wiedział co zrobić, wszystko było przygotowane, jeszcze tylko pomyślał o wszystkich wspólnych chwilach, które spędził razem z Yoko... i...
Tępe uderzenie w głowę spowodował nadjeżdżający samochód... Raul wystawił się w taki sposób by tylko jego mózg zginął. Blisko szpitala... Blisko osoby potrzebującej... Raul był pewien, że jego serce trafi właśnie do Yoko.
Chwilę po tym, Yoko nie wiedząc co się przed chwilą wydarzyło, rozmyślała o słowach Raula...
- Przysięga? Przecież znam ją na pamięć... była taka piękna, pisana wierszem, jedyny wiersz, jaki dla mnie napisał. Mówi, że nie umie pisać wierszy...
"Choć poznałem Cię w krwi potoku
To od początku byłem w miłosnym uroku
Mogę latać z tobą ponad chmury
Mogę burzyć wszystkie mury
Dlatego chcę byś do końca moja była
Przed mą miłością się nie skryła...
Yo... Jestem Raul i chcę oddać za Ciebie życie.
W każdym miejscu, w każdym czasie."
Do sali wbiegł lekarz z uśmiechem na twarzy krzycząc:
- Mamy dla pani serce!
Yoko, choć chciała się uśmiechnąć to dziwnym trafem nie mogła... Wiedziała, że to przecież najwspanialsza nowina, jaką mogła otrzymać ale miała złe przeczucie.
- Skąd je... macie? - zapytała, sama nie wiedząc czemu o to pyta.
- Pod szpitalem był wypadek, ktoś potrącił mężczyznę, jego mózg zmarł na miejscu, ale serce dalej bije... w portfelu znaleźliśmy kartę honorowego dawcy organów, grupa krwi się zgadza... natychmiast zabieramy panią na operację!
Zęby Yoko poczęły dygotać, oczy otworzyły się szeroko pod naporem ogromnego napadu strachu...
"Pamiętasz słowa przysięgi? Yo... Jestem Raul i chcę oddać za Ciebie życie."
Nie musiała pytać lekarza o imię dawcy... ona już to wiedziała. Zamknęła oczy, uśmiechnęła się...
Dziewięćdziesiąt sześć... dziewięćdziesiąt pięć... sześćdziesiąt dwa... dwadzieścia trzy... zero... w parę sekund jej puls spadł ze znakomitego poziomu do zera.
Lekarz wezwał pomoc. Nowocześni szamani próbowali przywrócić ją do życia, ale to było bezcelowe.
Yoko zamykając oczy odeszła z tego świata. Bowiem nie tylko organy trzymają nas przy życiu.
