Obudził się po kilku godzinach w swoim fotelu, oblizywany przez własnego psa.
-Odejdź Mikado, piesku...powiedział łagodnym głosem i zrzucił psa ze swoich kolan. Spojrzał w okno , zasępił się i przypomniał sobie rozmowę sprzed kilku godzin, Nieco już zdystansowany postanowił zacząć działać, zanim ciało kuzyna przyjedzie żałobnym wozem do miasta. Poprawił spodnie, wstał, zdjął z haczyka smycz psa, która przypominała bardziej kozi powrózek i ubrawszy w końcu uciekającego z przekorą Mikado, wyszedł na spacer. Popołudnie było gorące, ale dość wilgotne i przyjemne. Nieopodal stał kiosk. Lucjan skierował się ku niemu, aby zakupić kolejne wydanie jakiegoś brukowca oraz papierosy, równie niskiej klasy co gazeta. Wracając spotkał po drodze Helenę Korowaj, sąsiadkę z mieszkania naprzeciwko, starą plotkarę prosto z targowiska. Łączyła ich jednak wieloletnia sąsiedzka sympatia, którą zbudowali jeszcze w stanie wojennym pożyczając sobie cukier czy sól i zajmując kolejki u pobliskiego rzeźnika.
- Panie Lucjanie dzień dobry! Krzyknęła z oddali postawna kobieta dzierżąc ciężkie siaty.
- Co dobrego sąsiedzie?
- Otóż nic dobrego pani Korowajowa. Nic dobrego. Właśnie dowiedziałem się, że zmarł mój daleki kuzyn z Gdańska
- Ot i przykrość- weszła w słowo pani Helena
- Taaa... bąknął Lucjan i ciągnął dalej. Wie pani, niech on tam sobie w spokoju idzie od świętego Piotra, kiedyś trzeba. Najgorsze, że mnie się ta jego śmierć na łęb zwaliła.
- Jak to? Spytała nieco oburzona mało empatyczną postawą Lucjana sąsiadka
- Ano tak to pani Korowajowa. Tak to. Dziadyga jeden całe życie krowom pod ogony zaglądał a nie miał czasu dla własnej rodziny. Wiedział ze ja sam, i że on sam, to nigdy nie zadzwonił, życzeń na gwiazdkę nie złożył, Gdziee tam..- Machnął ręką. Widząc niezrozumienie w oczach rozmówczyni wytłumaczył- On oborę i skup mleka całe życie prowadził. Nic poza tym nie robił. Dało się z nim porozmawiać o Bogu i krowach. Nieważne zresztą pani Korowajowa. Najgorsze w tym wszystkim to, że teraz mućki pogrzebu mu jakoś nie chcą zorganizować i wszystko ja muszę
piątek, 15 stycznia 2010, mariaholka