Wychodząc z metra, rozpoczynając codzienną drogę brukowaną dobiega mnie przeraźliwie głośny odgłos szurania, powłóczenia nogami. Patrzę na swoje stopy. Mam na nich wielkie, szare, sztywne, z filcu na dodatek kapcie na gumkę. Takie, jakie rozdawano w muzeach, wszystkie w uniwersalnym numerze dobijającym do pięćdziesiątki, żeby stopa duża czy mała, gruba czy wychudzona, męska czy kobieca weszła w nie bez problemu i sal muzealnych wylanych parkietem nie uraziła rysą lub wgnieceniem.
Szuram i leniwie ciagnę swoje stopy z rozsądku i poczucia odpowiedzialności, nie bynajmniej z powodu niechęci do ekspozycji typu maszyny rolnicze przelomu XIX i XX wieku. Szuram, bo ostatnio dostałam (tak przynajmniej powiadają zewnętrzni obserwatorzy) władzę w ramach pewnej umowy spisanej w dwóch wersjach językowych na trzech stronach A4. No i wszystko pięknie, mam rozdysponowywać, kierować, podejmować decyzje. Wiecej samodzielności, los w rękach, cieżar odpowiedzialności. Kusi.
Teraz od mojego zdania, od jednego słowa zależy nie powierzone zadanie, ale człowiek. I teraz wcale nie jest wszystko takie proste. I teraz mi nieśpieszno, mentalnie nóg do ruchu nie zmuszam. Z innej strony barykady trudno zapomnieć co jest po tej drugiej stronie i jak duzo zalezy od szansy danej.
Szuram, nogi układam powoli przeciagając chwile, w filcu nie zostawiam wyraźnych sladów. W końcu podejmę decyzje i przynajmniej udam pewniaka. Przejdę to, tak jak się przechodzi różyczkę.
Jest duża szansa że się po tym uodpornię. No chyba że sie kompletnie do tego nie nadaję. To równie prawdopodobne.
wtorek, 29 lipca 2008, kamaq