Nigdy, w najśmielszych nawet snach nie przyszło mi do głowy a głowę mam cokolwiek jeszcze zmyślną i pojemną iż dożyję czasów, kiedy to najbardziej poczytnym pisarzem na podmiejskiej trasie Warszawa Wschodnia-Skierniewice będzie nie kto inny, a sam pan Murakami Haruki. Tak, właśnie Murakami Haruki, a nie odwrotnie, jak od lat kilku przekonuje na swych okładkach nowa, błyszcząca i świeżutka seria wydawnicza Muzy.
Mało kto dziś pamięta spłodzony przed jedenastu laty cykl Biblioteki Japońskiej. Jeszcze mniej osób nadmieni, iż to odważne wówczas przedsięwzięcie dotowane było przez The Saison Foundation spod samej Tokyo Tower. Na palcach jednej ręki zaś policzę znanych mi miłośników prozy Abe Kobo. W sumie wystarczył mi jeden palec.
Ponieważ literaturoznawstwo przaśne, tj. nasza każdego z osobna półka prozy codziennej nie jest mi kategorią skrajnie obojętną, postanowiłam zasięgnąć wiedzy niezbędnej i na potrzeby ot tej strony choćby, podzielić się z Państwem mymi, niezwykle jeszcze latoroślanymi i pełnymi wykwitów spostrzeżeniami co do prozy japońskiej. Zatem Abe Kobo.
Już po lekturze pierwszego z opowiadań, składających się na tom Urwisko czasu ma się nieodparte wrażenie, iż jego autor dość osobliwie podchodzi do tematów tożsamości i pamięci. Wpływy buddyzmu, czy nawet reinkarnacji jako takiej, to jakby rama dla wyobrażeń obecnych w kolejnych przywoływanych historiach. Co ciekawe, Abe wcale nie usiłuje na siłę przekraczać bioenergoterapeutycznych granic z TeleTygodnia, czynić cudów, czy latać wesoło pod sufitem w rytm wielotomowych wędrówek pana Murphy. Powiem więcej: Abe Kobo, szczegółowo oschły i dokładny w opisie, nie skłania się nawet ku shintoizmowi. Jest ponad i czytelnik to czuje. Nawet nie mając nazbyt pojęcia o religii shinto.
O czym pisze? Wprawdzie każda z historii, w tym i mini-dramatów, dzieje się gdzie indziej i inny jest jej bohater, ale zasadniczo da się zaobserwować motyw przemiany. Pisarz europejski zapewne w każdym z przypadków poprzestałby na zmianie nastrojów i koloru firanek, ale Abe idzie tu nieco dalej i, balansując czasem na granicy absurdu, zmienia swoich bohaterów w rośliny, walizki, sweter, wściekłą sukę, ba, nawet zmienia ich w pałkę. Czasami przemiana następuje w środku, czasami na końcu opowiadania, niekiedy zaczyna się wcześniej niż na początku. Paradoksalnie, im bardziej jest nam w wewnątrz dziwacznie, tym zakończenie każdego z tych epizodów, bardzo często otwarte (!), skłania nas do głębokiej refleksji. Oto stało się wiele i nie stało się nic.
Właściwie nie mam nic przeciwko temu, żeby otworzyć. Tylko, że ja nie cierpię robactwa mówi jedna z postaci dramatu Torba . Robaczki, jaszczurki, muchy, żuki i tajemnice, można by rzec: kwestia wystroju, to u Abe niezwykle istotny detal. I to nie tylko przez to, że wskazuje płeć autora tekstów (niemal wszyscy japońscy chłopcy kolekcjonują w dzieciństwie stawonogi; inaczej nie byłoby Godżilli i Pokemonów), ale - przede wszystkim zwraca uwagę na pewną ciągłość współistnienia człowieka i przyrody oraz ich naturalną bliskość (wszak mucha zmieści się wszędzie) i równoległość zachowań. Brzmi śmiesznie, bo co niby ma mieć przeciętny Stefan wspólnego z pająkiem, ale gdy weźmie się pod uwagę, iż pisarz całkiem świadomie drwi sobie z przedmiotów - zwłaszcza tych przedmiotów, które wcześniej były ludźmi, jak np. wspomniana już pałka to ma się wrażenie, że celem autora jest nie co innego jak ukierunkowanie naszej świadomości na najzwyklejsze przemijanie, na tę naturę, która zdaje się nam być coraz mniej potrzebna. A potrzebną niewątpliwie jest, chociażby po to, byś nie przemienił się w pałkę.
I tu wpadamy w wykwintnie podaną pułapkę nowatorstwa. Nowatorstwa, które analizuje i potulnie drwi sobie z cywilizacji i które dostrzega jej rychły kres. Oby więcej takich pułapek.
niedziela, 01 kwietnia 2007, magdalenawrzodak