"whiskey, whiskey for me!" - pasazer-sasiad w samolocie z dohy do delhi, hindus z kwadratowym wasem, domagal sie whiskey jak dziecko cukierka, co rozdraznilo wysoka jak zyrafa stewke o swojko brzmiacym imieniu wybitym na zlotej plakietce: jelena. "just a minute, sir, we are serving food right now" - warknela do hindusa. ale on powtarzal swoje: "whiskey, whiskey", a potem dodawal: "and one more paratha".
czytam wlasnie "afrykanska odyseje" kalusa brinkbaumera, niemieckiego dziennikarza, ktory wraz z johnem, afrykanczykiem z ghany, zakotwiczonym na dobre w hiszpanii, przebyl trase zmudnej (czesto smietrelnej w skutkach) ucieczki, jaka pokonuja masy afrykanskich uchodzcow, dazacych do raju, czyli europy. czytam, patrze na mojego brazowego sasiada, spogladam na slowianska, burczaca zyrafe i jestem pewna, ze nigdy nie zaburczalaby w ten sposob do bialasa. czy ludzi z drugiego, trzeciego swiata - jesli sa naszymi klientami - traktujemy jak klientow drugiej, trzeciej kategorii?
lubie sluchac, jak hasbend opowiada o swoich wspolpracownikach (hindusach, arabach, afrykanczykach) - mowi o nich dowcipnie, madrze, rozumnie - nic dziwnego, w zylach hasbenda plynie domieszka krwi ormianskiej, a ormianie nie bez kozery uchodza za najlepszych biznesmenow swiata. nie tylko dlatego, ze doskonale licza, ale rowniez dlatego, ze szanuja kazdego kontrahenta, wchodza w jego skore, zwyczje i rytualy kupieckie, dzieki czemu w ich wzajemnych relacjach nie ma sladu rozdraznienia.
jelena, slowianska zyrafa, latajaca w katarskich liniach lotniczych, musi sie jeszcze sporo nauczyc - jesli chce zachowac posade. jej brytyjskie i azjatyckie kolezanki obslugiwaly swoje rzedy z cierpliowscia i nienaganna maniera.
piątek, 12 marca 2010, listyzpodrozy