No i stało się! W Noc Trzech Króli, o 1:20 nad ranem, przyszedł na świat nasz synek Kubuś.
Byłem z nim od pierwszej sekundy jego życia na tym świecie i to wrażenie wprost nie do opisania. Ta mała kruszyna (no... może nie taka mała, jakby nie było 3030g/54cm :) sprawiła, że cały świat wokół przestał się liczyć... przynajmniej na chwilę.
W ciągu kolejnych kilku dni po porodzie przeżyliśmy tyle przygód, że możnaby książkę napisać, a więc wkrótce, jak tylko złapię dłuższą chwilkę, pokuszę się o mały treatment historii o tym, jak Kubuś cało i zdrowo przyszedł na świat i zawładnął moim (i Ani, ofkors) sercem... J
Jak w każdej dobrej powieści, nie zawsze po drodze było różowo. Okazuje się, że mały człowiek od pierwszych chwil życia wpada w wir brutalnej rzeczywistości świata ludzi...
Czytelnikom o słabych nerwach zdradzę jednak, że mimo groźnej zapowiedzi, powieść kończy się jednak hepi endem (co widać na obrazku załączonym poniżej :)
Zdrówko,
Luteczek
wtorek, 18 stycznia 2005, luteczek123