Jeszcze na przedświęciu świąteczne emocje opadły, nigdy ich z resztą nie lubiłam, teraz jest tylko logistyka i zaufanie do Smoły, że będziemy sie trzymać razem i jakoś przetrwamy również ten problem. Wyjazdy, przyjazdy, rodzice żywi i umarli, podarunki, zakupy, obchody szkolne, nianie na zastępstwo, topografia i etos wyjść, wypraw i jego delegacji na Wschód, które trzeba koniecznie, zanim prawosławni u siebie rozpętają to szaleństwo. Wszystko to pokrywa mnie jak niezeskrobywalna warstwa pajęczyny, robią mi się od tego zmarszczki, nie pomoże na nie żaden pilates, żadne wyzwania zawodowe, nawet zwolnienie z egzaminu w hołdzie za błyskotliwy esej nie pomoże, bo kiedy wszystkie ekstrawagancje, które mamy już zrytualizowane, zostaną odprawione, pod tym wszystkim już mnie nie ma, jest tylko zbiór rutynowych czynności w godzinach, które z wielotygodniowym wyprzedzeniem zapisujemy sobie w terminarzu. Mamy taki wspólny terminarz, żeby się życie bardziej samo ogarniało.
Do tego już doszło, że marzę, by mi Mikołaj pod choinkę podrzucił bawełniane majty i ciepłe skarpety. Bo te, co mam, są albo brzydkie (skarpy) albo za duże (gacie), a wyjście po nie do sklepu o tej porze byłoby istnym szaleństwem.
poniedziałek, 19 grudnia 2011, fourchet