Właśnie dzwoniła Julka - jeszcze nie wyszła z pracy. Siedzi tam od wczoraj, od 22 i posiedzi jeszcze jakieś 2 godziny bo jej kochany szef wziął urlop (kupuje mieszkanie - 120 m. w Wilanowie - niektórym to się powodzi), a ktoś przecież musi pracować.
Ach no i jeszcze cudowna, optymistyczna wiadomość, w sam raz na pochmurny, styczniowy dzień - Julka nie dostanie w tym miesiącu obiecanej podwyżki bo Pani Szanowna Kadrowa nie wyrobiła się z aneksem do umowy, o czym raczyła ją poinformować między pilną kawą, a wypadem na solarium.
Od dziś ustanawiam nowy hymn dla mej kochanej wyrobnicy-najemnicy:
Ktoś mówił, że z gliny ulepił mnie Pan,
Lecz przecież się składam z kości i krwi.
Z kości i krwi, i z jarzma na kark,
I pary rąk, pary silnych rąk.
Co dzień szesnaście ton,
I co z tego mam?
Tym więcej mam długów,
Im więcej mam lat.
Nie wołaj- święty Piotrze,
Ja nie mogę przyjść,
Bo duszę swoją oddałem za dług.
Gdy matka mnie rodziła, pochmurny był świt.
Podniosłem więc szuflę, poszedłem pod szyb,
Nadzorca mi rzekł:- Nie zbawi cię Pan,
Załaduj, co dzień po szesnaście ton.
Czort może dałby radę, a może i nie,
Szesnastu tonom podołać, co dzień.
Szesnaście ton, szesnaście jak drut,
Co dzień nie da rady nawet i we dwóch.
Co dzień szesnaście ton,
I co z tego mam?
Tym więcej mam długów,
Im więcej mam lat.
Nie wołaj- święty Piotrze,
Ja nie mogę przyjść,
Bo duszę swoją oddałem za dług.
Gdy kiedyś spotkasz mnie, lepiej z drogi mi zejdź,
Bo byli już tacy- nie pytaj gdzie są.
Nie pytaj gdzie są, bo zawsze jest ktoś,
Nie ten, to ów, co urządzi cię.
czwartek, 27 stycznia 2005, halucynacja