...i po świętach. To powiedzenie zawsze kończy okres
świąteczny. Nie lubię go, bo niechybnie wywołuje u mnie syndrom
spełnione baśni. To co miało być przyjemne i radosne właśnie
odchodzi do lamusa.
Ale cóż tak to w życiu jest,
że to co fajne szybko się kończy. Na szczęście pozostają
wspomnienia. A w przypadku świątecznej strawy zostają zapasy ;)
Oczywiście, nawet najlepsze faszerowane jajka mogą nam zacząć
wychodzić bokiem, kiedy jemy je 3 dni pod rząd, a sałatka z
wędzonym kurczakiem nie smakuje już tak jak w niedzielę. Ale ten
smutny los wielu Polaków nie jest moim udziałem. Mam ten
komfort, że zabieram do swojego domu to co mi smakuje i wiem, że
jeszcze pożyje w mojej lodówce.
Wielkanoc w tym roku wycięła nam
niezłego psikusa. Wszyscy nastawieni na wspaniałą wiosenną aurę
ze zdziwieniem opatulali się w Wielką Sobotę w szaliki, rozkładali
parasole w Wielką Niedzielę i zerkali smętnie w szarą dal w
poniedziałek. Cóż pozostało innego, jak spoglądać na
żółciutkie żonkile i radosne tulipany? Może spoglądanie
na wielkanocny stół? ;)
Wspomnę więc kilka potraw, które
przedefilowały przez nasz stół w te świąteczne dni.
Rok temu z wielką przyjemnością
odkryłam (a wraz ze mną rodzina) ruloniki z szynki. Proste to i
nieskomplikowane, a jak miło połączyć nieciekawą szynkę z iście
wiosennym nadzieniem. Bo w środku i chrupiąca rzodkiewka, i zielony
ogórek, i szczypiorek.... mmm... A to wszystko dzięki Yenulce
:)
Jeśli już mowa o szynce to muszę
przyznać, że nie przepadam za wędlinami. A już na pewno nie za
tymi sklepowymi. Czasem własnoręcznie pekluję szynkę. Czasem
zdarza mi się dostać wędlinę wędzoną na działce. I takie
rzeczy mi smakują, choć w rozsądnych ilościach. W tym roku
delektowaliśmy się pieczonymi mięsami. Były pysznie zamarynowane
i upieczone przez mojego tatę.
Z niesłodkich rzeczy napomknę jeszcze
o terinie. To był mój eksperyment kulinarny. Wg mnie się
udał, ale zdania były podzielone ;)
Teraz to co tygryski lubią najbardziej
(na zgubę samych tygrysków :D) ciasta. Bo Wielkanoc to
takie cudowne święta, kiedy bawimy się ciastami. W końcu mazurki
to takie małe obrazki, gdzie możemy pokazać co nam w duszy gra. Ja
pokażę co zagrało mojej mamie w duszy. Jej ozdoby mazurkowe jakoś
przywodzą mi na myśl takie ludowe obrazki. Nie wiem dlaczego, bo
moja mama ze sztuką ludową nic wspólnego nie ma, ale ta
radosna twórczość jakoś samowolnie nasunęła mi takie
skojarzenia.
I tak o to na mazurku pomarańczowym
rozkwitło radosne słońce, jakby na przekór temu co się
działo za oknem.
A mazurek kajmakowy to już istna orgia
barw. Efekt uzyskany za pomocą barwionego ananasa.
Skromnie się przy tym prezentowała
upieczona przeze mnie baba. Tu przy okazji muszę powiedzieć, że z
babami drożdżowymi zawsze miałam problem. Jak się nie starałam,
wyrabiałam, chuchałam, dmuchałam one zawsze jak jeden mąż, choć
to baby były jako się rzekło, wychodziły jak oklapnięty suflet.
Nawet zakalca nie miały, ale były klapnięte. Zniechęciłam się
więc do tego ciasta i myślałam, że skazuję siebie i swoją
rodzinę na ogryzanie niesmacznych bab sklepowych. Aż tu w zeszłym
roku dowiedziałam się, że jest baba nad którą można basem
śpiewać arie operowe i stepować, a ona i tak wyjdzie. Przepis jest
niezwykle prosty i jak ktoś jest zainteresowany to ja tylko napiszę,
że to parzona baba drożdżowa wg przepisu Anusiaczka :)

I na koniec pascha. Ulubiony deser
mojego męża. W tym roku sam zjadł ;) Przepis stworzyłam
sama na podstawie różnych receptur. Ponieważ uwielbiam sobie
ułatwiać życie nie produkuję własnoręcznie twarogu, a używam
trzykrotnie mielonego. Dla mnie tajemnica dobrej paschy to
poza dobrym białym serem mnogość bakalii, dlatego zawsze sypię je
hojną ręką :D
Pascha
Proporcje:
50 dag twarogu śmietankowego
trzykrotnie mielonego
25 dag masła
4 żółtka ugotowane na twardo
3/4 szklanki cukru pudru
migdały w słupkach, rodzynki, skórka
pomarańczowa smażona w cukrze, orzechy laskowe
1 cukier waniliowy (to jest ok. 1
łyżeczki, ponieważ używam cukru, który robię sama
wkładając rozcięte laski wanilii do słoiczka z cukrem)
Żółtka i twaróg
przetrzeć przez sito. Rodzynki sparzyć i osączyć. Orzechy
posiekać. Masło utrzeć z cukrem i nadal ucierając, dodawać
żółtka, twaróg i cukier waniliowy. Do masy serowej
dodać bakalie.
Miseczkę lub nową doniczkę wyłożyć
podwójną warstwą gazy. Nałożyć masę, zawinąć rogi
gazy, wierzch obciążyć i wstawić do lodówki co najmniej na
12 godzin. Następnie odwinąć z gazy, wyłożyć na talerz i
przybrać bakaliami lub konfiturą.
Podawać mocno schłodzoną.
środa, 11 kwietnia 2007, kuchenny