Dlaczego dzieci przez większość swojego dzieciństwa próbują się zabić, pozostaje wielką zagadką wszechświata.
Ot taki niewielki cukierek. Słodki, kuszący i śmiertelnie niebezpieczny. Bo przytyka drogi oddechowe i Kosmitek staje w półskłonie z szeroko otwartymi ustami na bezdechu, dopóki Mama Kosmitka nie obróci go do góry nogami i nie palnie między łopatki.
Albo takie przedszkole. Miejsce przyjazne dzieciom, kolorowe, interesujące, z miłymi, uśmiechniętymi paniami. A zarazem śmiertelnie niebezpieczne...
Zadzwonił telefon. Mama Kosmitka odebrała, dziwiąc się, że na wyświetlaczu widnieje "przedszkole". "Może Kosmitek dostał gorączki?" - pomyślała - "W końcu mamy sezon grypowy..."
- Halo?
- Dzień dobry, pani Mamo Kosmitka. Dzwonię, bo Kosmitek spadł z przedszkolnej zabawki...
- O JEZU!!!
- Nie, nie, nie!!! Nie SPADŁ!!! Schodził!! Schodził z zabawki na placu zabaw i spad... Nie, nie, nie! Nie spadł! ZEŚLIZGNĄŁ się!
- I CO???
- Nic mu się nie stało! Nie płacze, jest spokojny, obserwujemy go...
- Nie było krwotoku???
Kosmitek na lekach przeciwzakrzepowych - wyobraźnia Mamy Kosmitka usłużnie podsunęła jej natychmiast wizję Kosmitka zalanego krwią , której nie daje się zatamować...
- Nie, nie było! Tylko stłuczenie.
Ufff! Mamie Kosmitka adrenalina nieco opadła, serce zwolniło. Takie dobre przedszkole! Kosmitek zsunął się z huśtawki, a tu już dzwonią, że nic się nie stało...
- Dzwonię, żeby Państwa uprzedzić, bo Kosmitek wygląda... nieszczególnie.
-???
- No, ma guza na czole...
"Guza przeżyjemy" - pomyślała Mama Kosmitka.
- ... i taki trochę siny nos...
Odebrany z przedszkola Kosmitek wyglądał jak bokser po 10 rundach. Nos fioletowy i spuchnięty, górna warga nabrzmiała, guz na środku czoła, krew zaschnięta na ranie pod nosem. I taki jakiś wyciszony i przestraszony był... A kiedy już odegrał rolę biednego, zmaltretowanego dziecka i dał się pocieszyć, podbiegł w podskokach do rurowego samochodu na podwórku przedszkolnym i skrupulatnie wskazał wszystkie miejsca, o które uderzył spadając (nie, nie, nie! Nie "spadając"! Ześlizgując się!). I zażądał czekoladki na pocieszenie. Czekoladka okazała się lekiem na całe zło i była na tyle uprzejma, że nie zadławiła ani nie struła Kosmitka.
wtorek, 29 listopada 2011, mama_kosmitka