Nie wiem czy jestem szczęśliwa - u mnie ciąża powoduje, że wiele rzeczy przestało byc ważne. A na ich miejsce pojawiły się zupełnie nowe.
Dlaczego mam przyjaźnic / interesowac się rodziną A. skoro nie jestem jego żoną. W pewnym sensie powinnam byc blisko nich i jak na moje możliwości integrowania się jestem bliżej niż byłam, ale z drugiej strony nie jestem w stanie przeskoczyc bariery braku ślubu, finansowania wszystkiego przeze mnie. Takiej mega samodzielności czy braku tej właśnie małej kropki na i. Mnie w nich denerwuje takie jak dla mnie niczym nie podbudowane zadowolenie z siebie i z życia. Coś jak brak refleksyjności. Lenistwo życiowe. Zadowolenie z tego kim się jest, zadowolenie z tego co się ma - a ma się niewiele. Mialo się niewiele. Robiło się niewiele. A. też taki jest.
I to co myślę/czuję, nie będzie miało wpływu na kontakty małego z rodziną ojca. Niech ma rodzinę, niech będzie między ludźmi. Tylko, że ja muszę pracowac, zarabiac, kupowac mieszkanie, opiekowac sie w codzienny sposób, martwic się. I mnie nie stac na kawki, odwiedzinki, trajkotanie. Ani psychicznie, ani fizycznie.
A tak naprawdę zazdroszczę im tego wygodnego pod każdym względem życia.
A myślę o tym, ponieważ kuzyn A. (jeden z pięciu czy sześciu najblizszych kuzynów) mający żone i troje dzieci stwierdził, że następnym razem to spotkamy się już na chrzcinach. Tylko czy ktoś mnie pytał o zdanie, czy ja planuje zaprosic tylu ludzi, biegac wokół nich, gotowac im obiad, całowac rączki?
Ale, generalnie, mniej myślę.
;)
piątek, 03 sierpnia 2007, karenna