Nie mogłem nie wsiąść na rower i ja - skoro mieszkańcom Grazu nie straszna jesienna plucha... Początki nie były jednak łatwe, ponieważ nie znalazłem publicznej wypożyczalni, jakie są choćby w stołecznym Wiedniu! I jest to jedyna wada systemu rowerowego w Grazu, która jednak nie przeszkadza mu wyglądać jak Amsterdam, będący świtową stolicą rowerów.
- Też kupię sobie rower, bo to najlepszy, obok tramwaju, środek transportu. Albo po prostu wezmę z ulicznego stojaka - mówi Karolina Twardzik, świeżo upieczona studentka miejscowej Akademii Medycznej, rodem spod Raciborza.
Na moje zdziwienie jak to tak wziąć?, odpowiada: - Jeśli rower nie jest zapięty, to trzeba go obserwować: gdy przez tydzień z niego nie korzysta, podobnie w drugim i trzecim - można go zabrać. Tak tu jest przyjęte.
Ja jednak byłem niecierpliwy - zwłaszcza, że redakcja wysłała mnie do Grazu na osiem dni. Na szczęście w moim hotelu można było wypożyczyć jednoślad w niewielkiej, jak na austriackie stosunki, cenie: 3 euro za cały dzień.
W miasto
Pojazd nie należy do najnowszych, ani specjalnie ładnych. Ale pedały kręcą się lekko, więc ruszam na rekonesans. Mój hotel znajduje się przy ulicy, biegnącej z dworca do centrum: równe rzędy kamienic, środkiem kursuje tramwaj. Miejsca na ścieżkę rowerową nie ma, więc jej tu nie ma. Trochę się boję, ale kierowcy okazują się bardzo kulturalni - żaden nie wyprzedzał mnie na centymetrowy dystans. Po kilkuset metrach: nakaz skrętu w prawo! Na wprost deptak, po którym kursują tramwaje. Ale spokojnie, pod znakiemobowiązkowy skręt w prawo jest tabliczka, że nie dotyczy on rowerów. Teraz jadę po... torowisku. Tu też jest asfalt, ale musze uważać, by nie wpaść w rowek szyny. - To główna przyczyna rowerowych kontuzji w Grazu - mówi Karolina Twardzik.
Na moście nerwówka: tuż za mną jedzie tramwaj. Ale nie dzwoni, bo na śródmiejskich, krętych uliczkach i tak nie miałby szans wyprzedzić rowerzysty.
Skręcam w prawo, pod prąd w ulicę jednokierunkową. Policjant mi nie straszny, gdyż wyznaczono na niej tzw. rowerowy kontrapas. Rowerzyści jadący zgodnie ze znakami pędzą po prostu jezdnią. Potem okazuje się, że na niemal wszystkich ulicach jednokierunkowych rowerzyści mogą jeździć pod prąd. Nie broni im się poruszania po deptakach - przed reprezentacyjnym ratuszem ustawiono nawet bardzo oblegany rząd rowerowych stojaków. Tak jest zresztą przy każdym urzędzie, szkole, szpitalu, muzeum i wielu innych budynkach. W ostateczności można też przypiąć rower do znaku, ale taki widok należy to do rzadkości.
Tam, gdzie jest szerzej, ścieżki namalowane są na chodnikach. Piesi nie wchodzą jadącym w paradę, ale o pełnym komforcie, z powodu niewielkiej szerokości, nie można jednak mówić. Czasem droga rowerowa namalowana jest na ulicy.
Jadąc po Grazu nie sposób się pogubić - dzięki fanaberii w postaci specjalnych dla użytkowników dwóch kółek drogowskazom.
Ćwierć wieku roweryzacji
Graz wkroczył na drogę roweryzacji już w 1980 r. Postawiono wówczas cel wyznaczenie 190 km ścieżek rowerowych oraz zwiększenie udziału rowerzystów we wszystkich podróżach do 19 proc. (w Częstochowie nikt tego nie liczył, ale na pewno nie przekracza 1 procenta). Dziś jest ich niewiele mniej, a udział w miejskich podróżach sięga 15 procent i jest niewiele mniejszy niż pasażerów komunikacji publicznej.
A przecież w Grazu - wydawałoby się - trudniej wyznaczyć ścieżki rowerowe niż w Częstochowie. Bo ulice są dużo węższe. A jednak udało się. Ścieżki maluje się m.in. na jezdni - kosztem samochodów, które muszą teraz tłoczyć się na jednym pasie, choć wcześniej były dwa. Bo tu rowerzysta jest panem: miasto robi naprawdę dużo, by to byli uprzywilejowani. Ma nawet w magistracie specjalną komórkę, która zajmuje się planowaniem dróg rowerowych i innych udogodnień dla korzystających z dwóch kółek.
W rezultacie potrzeby cyklistów są w Grazu dobrze rozpoznane: ścieżki nie mają modnej u nas, ale nie wygodniej, nawierzchni z betonowej kostki, lecz asfaltową. Krawężniki na zjazdach na jezdnię były kiedyś umieszczane na wysokości 1 cm - teraz obniża się je do zera.
Rowerem do tramwaju
Mieszkańcy Grazu korzystają z rowerów na dwa sposoby. Ci, którzy mieszkają dość blisko centrum, jeżdżą na dwóch kółkach do pracy czy szkoły. Natomiast w odleglejszych od śródmieścia dzielnicach rower służy do dojazdu do najbliższego przystanku rowerowego. Bo przecież nawet tak zamożnego miasta jak Graz nie stać, by autobus kursował przez peryferyjne dzielnice domków jednorodzinnych z 10-minutową częstotliwością.
Parkingi rowerowe przy przystankach są zadaszone a na pętlach tramwajowych - znajdują się na ogół w ich wnętrzu, by przesiadka była jak najprostrza i nie wiązała się z przekraczaniem jakiejkolwiek ulicy.
Rowery mają też mieszkańcy okolicznych miejscowości. Do Grazu przyjeżdżają pociągiem, a przed dworcem wsiadają na pozostawiony tu na stałe rower, po czym swobodnie śmigają po śródmieściu. Parkingi rowerowe przy dworcu - a są dwa na świeżym powietrzu plus strzeżony, zadaszony (tu jednak trzeba płacić abonament) - robią imponujące wrażenie z powodu swego ogromu.
Szkoła ulicznej jazdy
Jesienna deszczowa aura oraz przypadające podczas mojego pobytu święto narodowe Austrii, tudzież nadchodzący dzień Wszystkich Świętych - nie pozwolił mi uczestniczyć w lekcji nauki jazdy rowerem w którejś z grazańskich podstawówek. A byłoby warto, bo szkolenie nie odbywa się w miasteczku ruchu drogowego - takiego w Grazu (w przeciwieństwie do Częstochowy) po prostu nie ma!
Dziesięciolatkowie siadają na rower - ubrani w odblaskowe kamizelki oraz kaski - po czym ruszają... ulicami. Najpierw objeżdżają ścieżki rowerowe, potem uczestniczą już w normalnym ruchu drogowym. Ten sposób nauki, potraktowany początkowo jako eksperyment i wprowadzony testowo w wybranych szkołach, sprawdził się znakomicie. I w ramach programu Civitas-Tendsetter został rozszerzony na wszystkie podstawówki w mieście.
- Nigdy w życiu nie pozwoliłabym dziecku na taką naukę - mówi Iwona Zajączkowska z częstochowskiej Grabówki.
Ale w Grazu nie ma strachu. Rowery są pełnoprawnym uczestnikiem ruchu: sieć ścieżek jest rozległa, ale nawet tam gdzie ich nie ma, kierowcy samochodów szanują cyklistów. Skręcając w prawo zawsze upewnią się, czy równolegle do nich nie jedzie jednoślad i w razie czego ustępują mu drogi. To przeciwieństwo Częstochowy (i całej Polski), gdzie przejeżdżając przecinającą jezdnię ścieżką rowerową ma się dusze na ramieniu, bo przecież oczu nie posiada się z tyłu głowy.
W Grazu miałem oczy z przodu. Wystarczyło. poniedziałek, 19 listopada 2007, haladyj
