Co zrobić z pustym placem w śródmieściu - ale leżącym nieco na uboczu głównych traktów handlowych? W Grazu założono w takim miejscu targowisko, choć sąsiadem placu jest... opera
Plac Daszyńskiego to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Częstochowie. I przez to zaniedbanych: wszechobecne jezdnie z ogromną liczbą samochodów przyćmiewają urodę tego jedynego w mieście, w pełni skończonego miejskiego wnętrza. Żaden inny plac nie jest przecież obudowany kompletem kamienic, a na pl. Daszyńskiego uzupełnia je jeszcze zgrabna bryła najstarszego częstochowskiego kościoła z malowniczymi arkadami, kryjącymi przejście ze świątyni na plebanię.
Magistracki projekt wyrzucenia stąd samochodów to wielka szansa dla dawnego Nowego Rynku. Ładna nawierzchnia, pomnik Papieża-Pielgrzyma i sadzawka z fontanną mają stanowić atrakcyjne tło dla stylowych kamienic. Ale przebudowa rodzi też mało jeszcze uświadamiane niebezpieczeństwo: czy w miejsce samochodowego ruchu pojawi się ruch pieszych? Czy asfaltowy plac nie zamieni się w kamienną zapewne piękną ale jednak pustynię? Liczyć na wysyp letnich kawiarenek w tym miejscu raczej ciężko, bo ile ich w mieście może być? Bywalcy takich lokali zapewne i tak będą woleć III Aleję albo okolice ratusza. Koncerty? Tu też konkurencja jest silna i wygra zapewne pl. Biegańskiego, ścigany przez Stary Rynek na zapleczu Puchatka.
Może więc wrócić do korzeni Nowego Rynku, czyli działającego tu przez długie dziesięciolecia targu? Na rycinach z przełomu XIX i XX w. plac jest pełen furmanek. Tu właśnie najmocniej tętnił puls żywiołowo rozwijającej się wtedy Częstochowy. Ale w końcu tłok i smród końskiego łajna stały się nie do zniesienia i w połowie lat 30. władze zdecydowały o przeniesieniu targowiska na Zawodzie.
Czy więc dziś można myśleć o targu obok pomnika Papieża-Pielgrzyma, fontanny i reprezentacyjnej mam na myśli kościół św. Zygmunta budowli? Dlaczego nie, choć oczywiście pod pewnymi twardymi warunkami.
Świątynia sztuki i handlu
Jadąc do Grazu podobnie jak 21 pozostałych reporterów Gazety zdążających do innych europejskich miast dostałem zlecenie: sprawdzić miejscowe ceny. M.in. owoców i warzyw. Jest tu parę dzielnicowych rynków, ale najlepszy i największy targ jest na Kaiserplatz poinstruowała mnie Karolina Twardzi, studentka Konserwatorium Muzycznego w Grazu. I skierowała pod operę.
Imponujące, ale może trochę zbyt szare gmaszysko, kryje w swym wnętrzu efektowne wielopiętrowe loże, które wieczorami zapełniają się wytrawnymi (przecież to Austria) melomanami. Wspomniana szara elewacja urozmaicana jest wielkimi banerami, reklamującym spektakle i zapraszanych na grazańską scenę artystów. I w tej oto eleganckiej scenerii na Kaiser Josef Platz handluje się pomidorami, marchewką, mięsem a gdy byłem tuż przed dniem Wszystkich Świętych także wieńcami i chryzantemami.
Targowisko okazało się znakomitym sposobem na ożywienie tego pustego w ciągu dnia miejsca. Bo opera, choć w śródmieściu, znajduje się już poza centrum handlowym, na skraju Starego Miasta. Bez stoisk i parasolek Kaiser Josef Platz przypominałaby nas plac Pamięci Narodowej, który jest cały rok martwy z wyjątkiem dwóch czy trzech dni w roku, gdy odbywają się tu manifestacje. Życia nie wnoszą tu także przeganiani deskorolkowcy.
Żywioł opanowany
Targowisko na Kaiser Josef Platz zbudowane jest z drewnianych ław i wielkich parasoli. Na ławach kupcy ustawiają nawet lodówki bo podłączenie do sieci elektrycznej ukryte jest w studzienkach zatopionych w nawierzchni.
Handel prowadzony jest na ścisłych zasadach: zaczyna się nad ranem a kończy wczesnym popołudniem. Sprzedaż bielizny czy nawet mniej intymnej odzieży jest zabroniony; oferowane mogą być kwiaty, owoce, warzywa i inne świeże produkty żywnościowe. Także mięso, sery i wędliny. Dzięki temu plac przy operze ma miejski koloryt, który nie kłóci się z szacownym gmachem świątyni sztuki.
Po zakończeniu handlu parasole są zwijane, lady chłodnicze ładowane na samochody, a drewniane ławy składane w stosy przypominają one znane z polskich dróg płotki przeciwśnieżne złożone po zimie, a jeszcze nie zabrane. Po południu na Kaiser Josef Platz wkraczają ekipy sprzątające i gdy wieczorem elegancka publiczność zdąża do opery otoczenie gmachu ma reprezentacyjny wygląd.
A co z ryneczkiem?
W częstochowskim śródmieściu jest już przecież ryneczek warzywny - na Wałach Dwernickiego, więc po co drugi? Nieprawda, ryneczek mieliśmy: ciuchy i buty wyrugowały handel owocami i warzywami na skraj targowiska. Zmiana asortymentu odgórnymi decyzjami jest nierealna. A pl. Daszyńskiego jest przecież duży i stragany mogłyby zająć tylko jego część, np. miejsce przewidzianej do zburzenia nieczynnej toalety. Zaś kwiaciarnie mogłyby opanować teren vis-a-vis, czyli miejsce zajmowane przez postój taxi.
Wydać mnóstwo pieniędzy i nie tchnąć w miejską przestrzeń życia tego scenariusza nikt w Częstochowie nie chce. Zastanówmy się więc nad przyszłością pl. Daszyńskiego, mając w pamięci przykład Grazu. Podziwiam to miasto za umiejętność znalezienia kompromisu między potrzebami mieszkańców a estetyką. W rezultacie to 250-tysięczne miasto jest i wygodne i piękne.
środa, 21 listopada 2007, haladyj