Biznesmen skończył opowieść.
- Jeżeli pan pozwoli, chciałbym jeszcze wiedzieć, w jaki sposób pan zmarł - powiedział po chwili milczenia Mariusz i zdał sobie sprawę, że gdyby nie potężna dawka piwa, nigdy nie odważyłby się zadać tego pytania.
Tym razem Lemański pokiwał głową - ze smutkiem.
- Frymarczyk powiedział, że jeśli przypomnę sobie przyczynę śmierci, będzie to znak, że jestem gotów do podróży w odwrotnym kierunku - odparł. - Czyli będę mógł powrócić do życia, cokolwiek to teraz znaczy.
Mariusz pomyślał, że wprawdzie widział swoje ciało spadające na słabo oświetlony podjazd pod blokiem przy ulicy Kościuszki, lecz nie potrafił sobie przypomnieć, co się działo tuż przedtem. Popełnił samobójstwo? Ktoś go wypchnął? Spadł, bo był nieostrożny?
Ponownie pokiwał głową.
- I chyba miał rację - powiedział i znacząco potrząsnął pustym kuflem. Biznesmen zerwał się i pobiegł po dwa kolejne Żubry". Był już bardzo pijany. W połowie drogi mocno się zachwiał, ale wsparty o futrynę odzyskał równowagę. Wrócił nieco pewniejszym krokiem, hipnotycznie wpatrzony w kufle pełne piwa. Zaskrzypiała kanapa pokryta sztuczną skórą, potem rozległo się dźwięczne stuknięcie, kiedy w przyjaznym toaście kufel zderzył się z kuflem. Kilka kropel spadło na spodnie Mariusza. Odstawił naczynie i pochylił się, żeby zetrzeć płyn, ale droga w dół trwała nieco dłużej, niż się spodziewał. Głowa spoczęła na kolanach i Mariuszowi zabrakło siły, żeby ją podnieść. Pogodził się ze swoją słabością. Zasnął.
Obudził się, było już jasno. Bolała go głowa, brakowało mu śliny, śmierdział alkoholem, nikotyną i potem. Było mu bardzo gorąco. Spowijał go szczelnie gruby, wzorzysty koc. Podniósł się i oparł na łokciach. Kanapa zaskrzypiała przenikliwie. Zamknął oczy i nie zważając na krążące pod powiekami rozżarzone kręgi, wyszeptał zaklęcie. Na szczęście pijaństwo poprzedniej nocy nie nadwątliło nadnaturalnej siły woli. Dolegliwości wywołane kacem natychmiast zniknęły.
- Dzień dobry - krzyknął najgłośniej, jak mógł i nasłuchiwał uważnie, ale nie odpowiedział mu żaden ludzki głos. Był sam. Przed domem rozległo się niemrawe szczekanie dobermana.
Odrzucił koc i ruszył do kuchni.
Znów nie narzucał pragnieniom żadnych ograniczeń. Nie wiedział, dlaczego zmienił zdanie i nie próbował tego dociekać, jak zawsze. Przez chwilę przemknęła mu tylko przez głowę myśl, że Lemański najwyraźniej opuścił swoje domostwo, skoro nie zareagował na gromkie powitanie, a tylko w jego obecności miał trzymać pragnienia na wodzy.
Od razu udało mu się znaleźć puszkę z kawą, zdobną w złote smoki. Ekspres prawie wepchnął mu się do rąk. Na samym środku kuchennego blatu czekało naczynie ze złotym uchwytem wypełnione po brzegi trzcinowym cukrem. Pijąc drobnymi, dokładnie odmierzonymi łykami kawę, którą uprzednio dokładnie wymieszał ze skondensowanym mlekiem i trzcinowym cukrem złotą, małą łyżeczką, metodycznie, łyk piwa po łyku, słowo po słowie, przywracał w pamięci do życia poprzedni wieczór. Zatrzymał się przy informacji mówiącej o tym, że wystarczy w najprostszy, najbardziej oczywisty i przyziemny sposób wyrzec się choćby części swoich żądz, żeby rozpocząć rehabilitację. Już wiedział, co ma robić.
Dopił kawę. Ostrożnie odstawił filiżankę. Spojrzał na osad, który pozostał na dnie naczynia i machnął nad nim dłonią. Filiżanka zalśniła czystością. Mariusz odstawił ją do szafki. Nie chciał sprawiać kłopotu gospodarzom, którym był wdzięczny za gościnę, a Lemańskiemu dodatkowo za wskazówki.
Ubrał się i otworzył drzwi wejściowe. Padał śnieg, wiał przenikliwy wiatr, szczypał mróz. Stróżujący na podwórku doberman był w złym humorze. Zbliżał się do Mariusza na lekko ugiętych łapach, z pyskiem tuż przy ziemi, z gardzielą pełną dudniącego warkotu. Mariusz uśmiechnął się z sympatią do zwierzęcia, bo pamiętał, że poprzedniego wieczora pies z równą zajadłością warczał na śniadego dręczyciela - Alinę. Szepcząc przyjaźnie wyraźne polecenie szybko sprawił, że doberman położył się na zmarzniętej, przysypanej sypkim śniegiem ziemi i począł żwawo poruszać kuprem. Mariusz pogłaskał zwierzaka po głowie i zamknął za sobą furtkę. Odchodząc słyszał cichnące skomlenie.
Padał śnieg, panował półmrok. Mariusz nie był pewien pory dnia. Nie wiedział, czy jest wczesny ranek, czy raczej zbliża się już wieczór. Wiał mocny wiatr. Mariusz dał mu się swobodnie nieść. Podążając do centrum miasta niemal nie dotykał oblodzonego chodnika. Przypomniał sobie marzenia o perfekcyjnej grze w koszykówkę, co było możliwe tylko dzięki nienaturalnemu obniżeniu wagi i natychmiast zastosował tę metodę. Sunął jak duch, prawie nie poruszając nogami. Wypłynął na chodnik biegnący przy ulicy Bohaterów Monte Cassino i znacznie przyspieszył. Wyglądał trochę jak zawodnik na łyżwiarskim torze, trochę jak postać z kreskówki.
Pędząc posuwiście myślał o przyszłości. Wiedziony przykładem biznesmena, który zaczął swoją drogę w górę od mocnego postanowienia poprawy, zinwentaryzował grzechy i obmyślił plan naprawczy.
Barbara... To ona była wrotami wiodącymi do przewidywalnej rzeczywistości, jakby zapewne powiedział Frymarczyk. Lemański nie potrzebował już pomocy. Doskonale sobie radził i nie ulegał woli Mariusza. Nie będzie zatruwał życia Barbarze, nie będzie jej sobie podporządkowywał używając pośmiertnie zintensyfikowanej siły woli. Pójdzie z Barbarą do Don Kichota, będzie z nią tańczył i uśmiechał się do jej koleżanek.
- Może spotkam tam byłą kochankę Lemańskiego? - pomyślał odbiegając od głównego, odkupieńczego wątku, ale zaraz wrócił na właściwy tor. Wezmą ślub, szybko pojawi się dziecko. Mariusz spożytkuje część wygranej w Lotto fortuny na zakup domu gdzieś na terenie Tysiąclecia.
Będzie dobry dla innych, więc jemu też będzie dobrze.
poniedziałek, 22 września 2008, glodneduchy