Lemański mieszkał na Stradomiu, w dzielnicy jednorodzinnych domków i nie istniejących już koszar, które zmieniły się w szkołę dla strażaków z całej Polski. Dzielnicy ulic noszących imiona ważnych władców z przeszłości, ale pozbawionych chodników i asfaltu; dzielnicy ulic, które podczas każdego większego deszczu zmieniały się w pojezierza kałuż; dzielnicy średniozamożnych mieszkańców, którzy wprawdzie byli posiadaczami domów, lecz zbudowali je albo niemal chałupniczymi metodami, albo odziedziczyli po równie niezamożnych rodzicach. Mariusz był zatem nieco zdziwiony, że dom znanego biznesmena, jednego z najbogatszych częstochowian" (jak pisano o nim w gazetach po śmierci) stoi właśnie w tej części miasta.
Pod wskazany przez Lemańskiego adres zawiozła go taksówka. Gdy samochód się zatrzymał, Mariusz zapytał kierowcy, czy na pewno znaleźli się we właściwym miejscu. Dom biznesmena wyglądał jak klasyczny klocek wybudowany w latach osiemdziesiątych z ukradzionych z jakiejś socjalistycznej budowy pustaków, a nie jak willa majętnego producenta wózków dziecięcych.
Okazało się, że taksówkarz dobrze zna swój fach i nie pomylił adresu.
Obok domostwa Lemańskiego biegła wąska, szutrowa droga, która kończyła się kilkadziesiąt metrów dalej przy nowoczesnej hali ze stali i szkła, obrośniętej niczym hubą mniejszymi budynkami. Mariusz domyślił się, że tam właśnie odbywa się produkcja wózków.
Lemański hodował na podwórku muskularnego dobermana. Pies gryzł wściekle klamkę z drugiej strony furtki, rzucał się z impetem na ogrodzenie i szczerzył zaślinione kły. Nie szczekał, ale ryczał głosem mało przypominającym ujadanie, przywodzącym raczej na myśl dźwięki wydawane w filmowych horrorach przez wilkołaki.
Mariusz z lękiem wyciągnął dłoń, żeby nacisnąć przycisk dzwonka, co jeszcze bardziej rozsierdziło dobermana. Pies dyszał furiacko, ślina spływała mu z pyska na ziemię. Mariusz zadzwonił jeszcze raz, doberman wyskoczył w górę i zdołał przednimi łapami zahaczyć o szczyt ogrodzenia, ale na szczęście - i zgodnie z psią naturą - nie potrafił się na nich podciągnąć. Mariusz mógłby wprawdzie użyć swojej nadnaturalnej woli i odstraszyć monstrum, lecz obiecał sobie, że dopóty, dopóki będzie mógł powstrzyma się od takich ingerencji w rzeczywistość, jeśli gdzieś w pobliżu będzie Lemański. Miał przecież za sprawą biznesmena okiełznać egoizm, a nie folgować swoim żądzom tak, jak czynił to ostatnio. Poza tym i tak nie miałoby to sensu, bo biznesmen wymknął się spod jurysdykcji zachcianek Mariusza.
Wreszcie w drzwiach zazgrzytał klucz. Lemański ostrożnie wystawił głowę i mrużąc oczy wpatrywał się w postać przy furtce.
- To ja, Wadowski - ułatwił mu zadanie Mariusz.
- Niech pan wejdzie - powiedział biznesmen.
- A pies?
- Leż! - wrzasnął Lemański.
Doberman natychmiast posłuchał, już tylko bezgłośnie demonstrował kły. Mariusz minął go ostrożnie, gotów w każdej chwili uskoczyć. Biznesmen zamknął za nim drzwi i zamiast iść w górę widocznymi na końcu małego korytarza schodami, patrzył wyczekująco na Mariusza. W końcu ten zrozumiał, że Lemański hołduje znienawidzonemu przez Mariusza zwyczajowi i każe swoim gościom zzuwać obuwie, zanim pozwoli skorzystać z gościny. Ociągając się zsunął buty i zostawił je na specjalnie do tego celu przygotowanej wycieraczce. Otrzymał w zamian góralskie kierpce. Doberman znów zaczął obsesyjnie ryczeć, bo kolejny raz tego wieczora zadźwięczał dzwonek przy furtce.
Lemański uchylił drzwi i wysunął głowę na zewnątrz. Gwałtownym gestem przywołał Mariusza, który stanął za jego plecami i nad potylicą biznesmena próbował cokolwiek zobaczyć. Przed furtką ktoś stał, ktoś znajomy. Mariusz dopiero po kilku sekundach rozpoznał niespodziewanego gościa - przycisk dzwonka naciskał jego smagły prześladowca. Zerknął na biznesmena, który z nieskrywanym przerażeniem wpatrywał się w słabo widoczną sylwetkę ciemnolicego mężczyzny. Mariusz przypomniał sobie ich rozmowę z Utopii i zrozumiał, że Lemański oprócz swojego Frymarczyka, o którym mu wtedy opowiadał, ma także swego dręczyciela, który jest w dodatku ich wspólnym wrogiem. Odciągnął Lemańskiego od drzwi, zatrzasnął je i podparł plecami. Sygnał dzwonka rozbrzmiewał jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, aż w końcu ścichł, po chwili uspokoił się także pies.
- Pan też zna tę kobietę? - zapytał biznesmen. - Myślałem, że to mój prywatny koszmar.
- Jaką kobietę?
- Tę, która dzwoniła przed chwilą do moich drzwi - Lemański był równie zdziwiony, jak Mariusz.
- Przecież to był mężczyzna.
- Jaki mężczyzna?
- Ten, którego widzieliśmy przed chwilą przed pana furtką.
Zamilkli. Mariusz odkleił się od drzwi i zapalił papierosa. Biznesmen wsunął palce we włosy i zaczął się drapać po głowie.
- Co się dzieje? - dobiegł ich z piętra domu młody, kobiecy głos.
- Nic, nic, już idziemy - odkrzyknął Lemański.
Ale nie opuszczali korytarza przy wejściu. Mariusz uchylił nieco drzwi, bo dym papierosowy zaczął go dusić. Trzymał głowę na zewnątrz i przy okazji monitorował ulicę. Prześladowca zniknął i nie wracał. Biznesmen czochrał się wciąż po głowie i nieco bezwolnie czekał na to, co zrobi jego gość. Mariusz skończył papierosa i uniósł go pytającym gestem do góry. Nie wiedział, gdzie się może pozbyć niedopałka. Lemański machnął półkoliście ręką, dając znak, że jest mu wszystko jedno. Mariusz cisnął płonącym punkcikiem w stronę furtki. Sypiąc iskrami spadł obok dobermana, który zawarczał cicho.
Ruszyli na górę.
środa, 03 września 2008, glodneduchy