Zerwałam się bladym świtem (tzn. o 6.45, co jest dla mnie porą nieludzką), żeby na 8:00 zdążyć na zajęcia polskiego dla Niemców, które prowadzi wspominana już Małgorzata Małolepsza. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, jak dobrze idzie im nauka naszego trudnego języka. Ale to też pewnie zasługa nauczycielki, która nie pozwala się grupie nudzić, ale też nie przepuści najmniejszego błędu, czy to w wymowie, czy w gramatyce. Po zajęciach chciałam ze studentami porozmawiać trochę o uniwersytecie i mieście. Chętnie się zgodzili i miałam przyjemne wrażenie, że nie traktują spotkania ze mną jak przedłużenia lekcji. Poszliśmy na kawę w kampusowej knajpce i pogadaliśmy trochę serio, trochę na luzie. Studenci to jednak znakomici rozmówcy z jednej strony pełni zapału do życia, z drugiej krytyczni wobec absurdów. Jednym słowem mają w sobie to, co Anglicy nazywają fresh look. Okazuje się, że jak chyba wszędzie również tutaj żacy z dystansem patrzą na władze uczelni, które uważają za zbyt konserwatywne. Natomiast bardzo lubią miasto, chociaż jak powiedział mi Olaf po trzydziestce zaczyna się problem, bo wszystkie kluby okupują dwudziestoparolatkowie, z którymi towarzystwo +30 niekoniecznie chce się bawić. Jak się okazało prawie wszyscy moi rozmówcy kojarzyli, że Toruń jest miastam partnerskim Getyngi. Niemal każdy z nich słyszał też o Radiu Maryja. Twierdzą, że w Getyndze to by nie przeszło. Tu by ciągle były demonstracje przeciwko takiej działalności mówili. Getynga to w ogóle ze względu na to, że od zawsze chyba jest miastem lewicowym miejsce wielu demonstracji. Największe z nich to protesty antyfaszystowskie. Ale i w drobniejszych, bieżących sprawach nietrudno skrzyknąć spory tłumek chętny do przemaszerowania ulicami. W zeszłym tygodniu na przykład podobno demonstrowali studenci niezadowoleni z nowego typu umów najmu mieszkań studenckich. Jak wyjaśniła mi moja grupka: każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie i tu się z niego korzysta. Podoba mi się to. Myślę, że pokojowe demonstracje ożywiają miasto i co najważniejsze zmuszają każdego, nawet najmniej zaangażowanego mieszkańca do wyrobienia sobie zdania na dany temat. Studencki UMK rozruszajcie Toruń!
A oto moi rozmówcy:

Po zajęciach na uniwerku pobiegłam na spotkanie z Szymonem i razem udaliśmy się na posterunek policji. Jurgen Spuddig, komendant posterunku Getynga-Śródmieście opowiedział mi trochę o pracy tutejszych mundurowych. Potwierdził to, co słyszałam od wielu osób, a mianowicie, że miasto jest bardzo bepieczne. On sam, kiedy w cywilu chodzi po mieście też czuje się komfortowo, bo jak mówi mieszkańcy starają się sobie nawzajem ten komfort życia zapewnić. Czyli jednak wiele zależy od społeczeństwa obywatelskiego. Ale są też surowe kary. Oto taryfikator: za jazdę na rowerze bez świateł 10 euro, zarzucanie petów bądź innych śmieci na ulicy 15 euro, tyle samo za psa srającego na chodniku. A za jazdę na gapę kasują człowieka na 40 euro. I to wszystko jest konsekwentnie egzekwowane. Niesamowitą rzecz powiedział o żebrakach, nachalnie nagabujących kawiarnianych gości. Taki delikwent jest zmuszony opuścić Starówkę. Nie chce? Do aresztu. Wypuszczają gościa dopiero, kiedy pustoszeją knajpy i nie ma już kogo zaczepiać.
Kiedy opuściliśmy komisariat nadarzyła się gratka:
To nie górnik ani performer. To Carsten Schmidt kilka chwil po obronie doktoratu. W Getyndze każdy świeżo upieczony doktor musi dać Gęsiareczce kwiaty i całusa. Dr Schmidt jest internistą. Nie pracuje w Getyndze, ale tu się pnie po stopniach medycznej kariery. Po wycałowaniu pomnika on i jego goście strzelili sobie po lampce wina. Kiedyś we Włoszech widziałam magistrantów biegających w slipach i girlandach kwiatów na szyi. Wczoraj upodglądałam bloga Oli z bydgoskiej Gazety, która jest w Tuluzie. Tam z kolei studenci z okazji otrzęsin czy półmetka nauki biegają nago. Może i w Toruniu warto wynaleźć jakąś nową, świecką tradycję? Jakieś całowanie Kopernika po stopach, czy coś?
Z centrum po raz drugi pojechałam do Grone Sud, dzielnicy zamieszkałej przez imigrantów. Mieszkają tam podobno ludzie 18 różnych narodowości! Odwiedziłam Centrum sąsiedzkie, które powstało jak już wspominałam żeby wyciągnąć mieszkańców z domów. Kobiety głównie muzułmanki dotąd zamknięte w domach przychodzą tam na wspólne śniadania, dzieciaki grają, bezrobotni dostają pomoc w znalezieniu pracy (chociaż to nie jest łatwe Getynga to nie najlepsze miasto dla niewykwalifikowanych robotników, bo za mało tu fabryk), a świeżo przybyli chodzą na kursy niemieckiego. Oprócz tego w Grone Sud władze miasta pobudowały place zabaw, boiska i plac, który stał się centrum dzielnicy. Mieszkańcy twierdzą, że powoli przynosi to skutek. Na przykład pan Werner Poll, który przychodzi pobawić się z wnukami Danielem, Vivianne i Nathalie (cała czwórka na zdjęciu) na zielonym terenie w środku osiedla. Twierdzi, że latem boiska, huśtawki i piaskownice są oblężone.

I takie to miałam dziś wrażenia. A to jeszcze nie koniec! na 20 idę na spotkanie z polskim doktorantem w Instytucie Informatyki. Ciekawa jestem, co mu daje uniwersytet Georga-Augusta, czego nie dostałby w Polsce.
Jutro wieczoram wyjeżdżam z Getyngi i trochę mi żal.Chętnie jeszcze trochę poryłabym w tutejszej rzeczywistości...
wtorek, 30 października 2007, natalia.waloch