uffff... nawet nie wiem od czego zacząć.
chyba wypadałoby od samokrytycyzmu. od naiwności mojej i optymizmu, który we mnie zakiełkował po raz pierwszy i chyba ostatni. niestety sparzyłam się dość dotkliwie. jak widać jestem skazana na odarty z romantyzmu racjonalizm. nadmierna radość nie przypada mi w udziale.
no ale do rzeczy... miało być pięknie i happily ever after. i dupa. no dupa to jedyne co mogę powiedzieć. ostatnie trzy tygodnie prawie to ciągła walka i popadanie ze skrajności w skrajność. bo z jednej strony ogromna radość z naszej dzidziusi, która co prawda okazała się mniej ospała niż rokowała i lata po domu jak rakieta, a z drugiej ciągły strach, że trzeba będzie podjąć decyzję, żeby się z nią rozstać, bo K. marnie znosi jej obecność. znaczy znosi ją rozkosznie, ale jego organizm nieco się buntuje wylewając bezlitosne ilości płynu przez jego otwór nosowy. męczy się biedak strasznie. raz jest lepiej, raz gorzej. i najgorsza, prawie zabójcza, jest ta niepewność co dalej. więc jestem sobie zawieszona pomiedzy ekstazą (kiedy K. czuje się lepiej, a Gajka przychodzi i podstawia swój puchaty brzuszek do głaskania) i depresją (w momentach kiedy widzę, że leki jakoś marnie działają i katar leje się strumieniami)...
nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli Gaję oddać. jest z nami trzy tygodnie i strasznie ją kochamy. uczy nas tolerancji i cierpliwości, ćwiczy nasz refleks i kondycję, pokazuje różne sztuczki - przeciskanie się pomiędzy szczebelkami suszarki, wyskok w górę z miejsca lub z rozbiegu :-) no i mruczy... do uszka. i ciastuje, ciastuje non stop.
ale nie mogę dopuścić też żeby K. źle się czuł i narażał swoje zdrowie... sytuacja bez wyjścia. a ja czekam na cud. i K. czeka na ten cud dzielnie ze mną... w ogóle dzielny jest. no bo jak się patrzy jak ten nasz słodziak rośnie w oczach i uczy się nowych rzeczy to trudno nie być :-)
a nawet jak wariuje, to stwierdziłam ze zdumieniem, że jakoś się już do siebie przyzwyczajamy. był taki okres, że budziłam się w nocy co godzinę, bo ona brykała i podchodziła do K., ja ją przekładałam, zestawiałam z łóżka i tak w kółko, bo ona niezmordowana przecież. teraz jest jakoś bardziej na luzie. tez czasem się budzę, raz czy dwa, zestawiam ją na dół... i oczywiście wraca, ale bardziej spokojna, układa się i śpi. lepiej ją olewać (o co nietrudno w środku nocy) i nie zwracać uwagi bo wtedy się mniej popisuje. taki głuptasek... i pieszczoch straszny.
wtorek, 02 czerwca 2009, aka_gatita