Jestem w tym tygodniu Elżbietą Dzikowską i podróżuję z moim Tonym przez Europę.
Tak naprawdę, to siedzę głównie w samochodzie i oglądam autostrady, ale i tak jest fajnie. Mogę potem powiedzieć, że Zagłębie Ruhry o tej porze roku, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie a Walonia, wygląda majestatycznie we mgle. Wczorajszy wieczór, spędziłam w uroczym hotelu przy autostradzie, starając się odgadnąć gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Piłam całkiem niezłe Chablis z kubka do mycia zębów i oglądałam film o pomocach domowych w powojennej Ameryce. W tym momencie Tony przeciął ciszę stwierdzeniem aaa, nieeee to luz, przecież ja wiozę rolki popychaczy, a nie głowice!". Po chwilowej konsternacji, domyśliłam się, że chodziło o określenie czasu jaki mamy do wykorzystania w Paryżu. My czyli ja. Nie opłaca mi się jechać do centrum, więc spędzę ten czas na grze w kulki. Ale zawsze będę mogła powiedzieć, że ZNOWU byłam w Paryżu. Po paru dniach mogę powiedzieć, że byłam również w Bawarii, Karyntii, Słowenii i Włoszech. To nic, że tylko przejazdem.
Mamy przyjaciół którzy dużo podróżują, egzotycznie, samodzielnie, i w ogóle tak, że nic tylko usiąść i zazdrościć. Problem w tym, że oni totalnie się nie nadają do opowiadania relacji z podróży! Są dyskretni, wyważeni i zawsze na miejscu. Do głowy by im nie przyszło, nawet wspomnieć o tym, że byli na lotnisku pod Paryżem. Oni wracają z 4 tygodniowej podróży po Indiach, i opowiadają o tym, że spotkali tam znajomych, że ładnie, dobra kuchnia, zróżnicowany krajobraz etc.. I po dwóch godzinach, pod koniec kolacji, jak już rozmowa zeszła na telefony komórkowe, Kasia mówi do Rafała o to taki sam telefon jak ten, którym wzywaliśmy pomoc, jak nas napadli w górach Nepalu. Zapadła cisza, którą przerwał odgłos widelców wypadających z dłoni, brzęk tłuczonego szkła i okrzyki jak to??? kiedy???. Wtedy dopiero, następuje prawidłowa opowieść o wyprawie do Azji, że ich napadli, grozili kałasznikowem i maczetą, żądali pieniędzy, straszyli że wrócą po wschodzie słońca i jak nie będzie dolarów to kaput. Teraz pojechali do Indonezjii, ale coś czuję, że jak wrócą to opowiedzą nam o tym, jakie pyszne było jedzenie, widoki, i, że ludzie mili. Ale tego, że na przykład Kasia, spadła z wodospadu i nurt rzeki porwał ją do sąsiedniej wsi nie opowiedzą. Powiedzą o tym za rok, przy okazji spotkania na wsi, jak któreś z dzieci poślizgnie się i wpadnie do dmuchanego basenu.
W związku z częstymi podróżami, Kasia jest mistrzynią kuchni azjatyckiej, z naciskiem na kuchnie tajską, i robi genialnego kurczaka z sambal oelek.
Do tej bajecznie świeżej i pachnącej potrawy potrzebujemy:
0,5 kilograma czerwonego mięsa z kurczaka ( pierś jest trochę bez smaku ) który marynujemy z łyżeczką utartego imbiru
2 ząbki roztartego czosnku
4 posiekane cebule dymki
1 czerwoną paprykę
500 gram posiekanej kapusty pekińskiej ( powinna być bok choi, ale niestety ciężko ją dostać )
3 łyżki soku z limonek
100 ml. sosu chilli
1 łyżkę sosu rybnego
2 łyżeczki brązowego cukru
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżkę sambal oelek
świeżą kolendrę i mięte
1. na gorącej patelni lub woku podsmażamy szybko kurczaka z imbirem ( w celu uniknięcia spalenia siebie i kuchni, trzeba dodać trochę oleju, najlepiej palmowego, albo orzechowego )
2. dodajemy czosnek i paprykę, podsmażamy 2 minutki ( wskazane jest mieszanie )
3. dodajemy sok z limonek, sos chilli, sos rybny, sambal oelek, sos sojowy ( mieszamy, mieszamy, jeszcze minutkę )
4. dodajemy kapustę ( ja dodałam jeszcze 2 pieczarki, wydawało mi się, że poprawię smak, ale to chyba nie było konieczne )
5. posypujemy kolendrą i dymką
Trzeba odrzucić wszystkie uprzedzenia i nie bać się krótkiego czasu przygotowywania. Oprócz mięsa, wszystkie pozostałe produkty, powinny pozostać praktycznie surowe. W przeciwny wypadku, uzyskamy brunatną masę, z fragmentami ciągnącej się rozgotowanej kapusty. A tego byśmy nie chcieli.
niedziela, 11 grudnia 2011, gastromat