Dziewiąty tydzień życia Fi był okresem wyjątkowego rozwoju fizycznego i psychicznego. Lepiej widzi, mogę zatem dalej rzucać jej piłeczkę, nie muszę już turlać jej po ziemi. Rusza się szybciej i pokonuje nowe wyzwania. Pierwszym z nich były schody- początkowo kładlam na nich smakołyki i podsadzałam pupkę szczeniaka, żeby mógł się wspiąć po zdobycz. Potem wykombinowała, że można wspionac się na kolankach. Teraz śmiga do góry tak szybko, że ciężko ją dogonić. Ze schodzeniem w dół są jeszcze problemy, ale pozwalam małej samej znaleźc sposób schodzenia w dół. Podczas jednego ze spacerów mała jak zwykle weszła na podest, prowadzący do klatki schodowej. No i jasne, że nie wiedziała jak zejść. Byłysmy na ogrodzonym terenie, poszłam więc dalej i spokojnie czekałam na szczeniaka. Nie zamierzam jej ciągle pomagać - sama musi kombinować jak sobie dawać radę. Po kilku minutach zeszla i dobiegła do mnie- dostała masę drobnych smakołyków. Przez resztę spaceru Fi regularnie właziła i złaziła ze schodków. widać było, że bardzo ja to bawi.
Fi uwielbia wspinać się w górę, np. na palisadę i jest uparta- jeśli zjedzie z niej na brzuszku, uparcie ponawia próby, jakby mówiła "musi mi się udać". I się udaje. Zejście z palisady jest jeszce zbyt trudne, sunia musi nauczyć się tego we wlasnym tempie- nic na siłę. Na "psim placu" Fi odkryła huśtawkę dla psów o wysokości 1.70 m. Super, asekurowana przez mamę i ciocię nie chciała przestać łazić po huśtawce. Każde przejście nagradzałam kawałkiem suszonego płucka. Po 15 razach znudziły mi się zabawy Fi i postanowiłam się przejść. Odeszłam więc z koleżanką i zamierzałam zawołać Fi. Odwróciłam się i zobaczyłam moje zwierzę na czubku huśtawki. Nie mogła jej przeważyć, postanowiła się więc z niej ześlignąć. Zobaczyłam tylko majtające w powietrzu nóżki i Fi sobie niefrasobliwie zeskoczyła. Dopadłam do niej kiedy cała szczęśliwa zanów ładowała się na huśtawkę. Została nagrodzona i na rączkach zabrana daleko od wyzwań:)Tylko w ten sposób mogłam odciągnąć ją od przeszkód. Uwielbiam to w Fi- upór, samodzielność i odwagę.
Co zrobić, żeby szczeniak wiedział, że ma łapy i pupę. Uparcie ćwiczę dostawianie sie małej do nogi -już zaczyna sobie skracać drogę i pracuje pupcią zamiast nóżek, ale oprócz zwykłych ćwiczeń, można przyjechać w sobotę i w niedzielę na zajęcia agillity i zrobić dla szczeniaka z dwóch deseczek i okrągłych tyczek płaską "drabinę", którą pokonuje dla smakołyka lub zabawki. trzeba uważnie stwaiać łapki, bo tyczki toczą się zaczepionw lub nadepnięte. Zabawa setna. Z premedytacją nie odplątuje łap szczeniaka, kiedy zamota się w smycz. Na efekt nie muszę długo czekać. Fi nauczyła się rozplątywac nożki z wszelkich smyczowych więzów. Świadomość łap i zadu jest dla mnie bardzo ważna, a zaniedbalam to w pracy z Żamcia, kiedy była mała. Nie osiągnęłam przez to zadowalających mnie efektów.
Świadomość opłacalności prostego trzymania się nogi procentuje ładnie w nauce chodzenia przy nodze. Klikałam małej każde przypadkowe znalezienie się łopatką na wysokości mojej nogi i teraz sunia sma wymusza nagrody idąc równo przy nodze. Zwiększyłam już kryteria- nagradzam znalezienie się przy nodze i patrzenie na mnie. Potem, bardzo stopniowo, będę zwiększała nagradzany dystans. robie już zakręty i zwroty. Zwrot w tył robie nietypowo, z psem, ktory mnie nie obchodzi, tylko cały czas trzyma się nogi. To bardzo spektakularne, ale świadomość zadu jest tu niezbędna.Fi nie robi to jakiejść wielkiej trudności- intuicyjnie próbuje trzymać pozycję i oczywiście jest nagradzana. Do perfekacji jednak daleko, ale ważne, że pierwsze kroki już poczyniłyśmy.:)
Sportowe chodznie przy nodze to trudne ćwiczenie, wymagające wielkiej koncentracji. Na spacerach sunia ma chodzic po prostu na luźnej smyczy. Psy ciągną nas, ponieważ ciągnąc, dochodzą do swojego celu. nałożenia kolcztaki, dławika , etc., nie skutkuje- ponieważ nagroda jaką jest dojscie do celu jest cenniejsza niż dyskomfort kolczatki. Nalezy zatem nauczyć szczeniaka, że podstawowe prawo fizyki oznacza " na napiętej smyczy nigdy nie dotrzesz do celu". Jeśli Fi napina smycz, po prostu zatrzymuję się i czekam cierpliwie, aż ją poluzuje i podejdzie do mnie. Wtedy ruszamy dalej. Nie mam na to komendy. Po prostu przypieta smycz ma zawsze być luźna. Fi spieszy się do domu, kiedy jest głodna. Ja celowo idę wtedy wolniutko- sunia szybko pojmuje, że chcąc trafić do domku, musi dostosowac się do mojego tempa.
Uczę Fi "mówić proszę". Zanim zrobię cokolwiek, na czym zależy Fi, musi wykonać komandę, na razie jest to siad, ale z czasem reperuar wymagań rozszerzę i będę zmieniać komendy na coraz to inne. Dla Fi najważniejsze jest dostanie się do mieszkania, kiedy stoimy pod drzwiami. Wtedy spokojnie mówię "siad" i czekam cierpliwie na wykonanie. Pierszy raz stałam pod drzwiami 15 minut, kiedy mała skakała na drzwi, gryzła wycieraczkę, w ogóle dostawała kociokwiku z chęci wejścia do mieszkania. Hm, im bardziej Fi czegoś chce, tym bardziej ja chcę, żeby wykonała moją komendę. W końcu usiadła- w nagrodę otworzyłam drzwi. Kolejny raz zajmował coraz mniej czasu. Dziś mała wpadla na piętro, z rozpędu odbiła się od schodów i usiadła natychmiast. W wyniku czterech powtórzeń mam psa, który podniecenie przekłada na dyniamike komendy. Fi uczy się mówić "proszę". Im dłużej czekam na wykonanie tego, o co mi chodzi, tym bardziej komenda i nagradzane zachowanie stają się atrakcyjne i zapadają w pamięć szczeniaka.
piątek, 24 listopada 2006, zmija14