Dzisiaj przypada rocznica początku i końca. Coś się zaczęło, coś się zaczęło kończyć. I chociaż 12 lat temu świat zawalił mi się pod nogami, to z perspektywy czasu uważam, że dzięki temu, że stało to, co się stało jestem teraz szczęśliwa.
Godzna 15.30, wracam z zajęć, głodna, na przystanku soi tramwaj, biegnę i ....leżę na ulicy. Jakiś mężczyzna stoi nade mną i pyta się czy żyję. Później karetka, szpital, operacja i rok poruszania się o kulach. Bardzo długi rok... w międzyczasie, lekarz-kretyn straszy mnie amputacją nogi. Depresja. W połowie stycznia na wizycie kontrolnej u ortopedy słyszę: Może pani chodzić. Wielka radość, euforia, a jednocześnie wielki ból przy nauce chodzenia. Tydzień później odchodzi partner, bo przecież go już nie potrzebuję, przecież mogę chodzić i muszę zrozumieć, bo rok z inwalidką to za długo, znalazł sobie inną. Świat wali mi się kolejny raz.
Ale gdyby nie 1 lutego 2006 nigdy nie poznałabym Marka, nie byłoby MIłoszka, nie byłabym tym kim jestem. A więc to był wbrew pozorom dobry dzień... a swojemu eks dziękuję, że zebrał się wtedy na odwagę, nie byłabym z nim szczęśliwa.
piątek, 01 lutego 2008, elafela