Jeszcze cieplejsza i przyjemniejsza lektura, niż historia weneckiego życia autorki. Jest to oczywiście dalszy ciąg opowieści zapoczątkowanej książką "Tysiąc dni w Wenecji", w której to rozstajemy się z bohaterami, stojącymi na kolejnym zakręcie wspólnego życia. Otórz mąż pani Marleny postanawia porzucić swoją ciepłą posadę w banku, sprzedać mieszkanie na Lido i spędzić resztę swojego życia w towarzystwie własnej, świeżo poślubionej małżonki i cieszyć się życiem, bez względu na to co ono przyniesie.
"Tysiąc dni w Toskanii" to historia konsekwencji spowodowanych tą jedną decyzją. Państwo de Blasi w poszukiwaniu własnego lokum trafiają w końcu do niedużej miejscowości San Casciano w Toskanii, gdzie wynajmują starą murowaną z kamienia stajnię, przerobioną przez jej właścicieli na dom mieszkalny. Poznają miejscową społeczność i wraz z ludźmi, z którymi nawiązują nić porozumienia zaczynają wieść życie regulowane wschodami i zachodami słońca, jeść to co przynoszą pory roku, poznawać zwyczaje, nowe miejsca, twarze, smaki, zapachy, historię, kulturę. W tę sielskość jednak wplecione są deprecja, ból, niespełniona miłość i śmiertelna choroba, czyli życie po prostu.
Książka niesamowicie zainspirowała mnie kulinarnie. Dawno już odkryłam, że najlepsze potrawy, to proste dania, które najczęściej biorą się z biedy i niedostatku. Ale powieść odkryła przede mną zupełnie inny świat. Ta książka to poniekąd również historia toskańskiej kuchni regionalnej. Czytała się cudownie, lekko, łatwo można się było od niej oderwać i łatwo znów powrócić. Bardzo dobra lektura na długie zimowe wieczory, najlepiej się czyta przy miękkim świetle w towarzystwie kubka z rozgrzewającą herbatą i i ciepełka rozchodzącego się od kominka :)
sobota, 27 listopada 2010, moniazo