Przyznaję, że najczęściej z przedszkola odbiera dziecko mój tata i o dziwo o godz. 15 jest on przeważnie ostatni. Zastanawiam się, czy żyjemy w raju dla bezrobotnych, czy może tylko mój pracodawca "wyzyskuje" mnie aż do godz. 16 czy po prostu większość przedszkolaków ma szczęście do dziadków pod nosem. Nie wiem, ale ilekroć zdarza się, że to ja odbieram dziecko i jest już godz. 16.15 widzę lekki wyrzut w oczach pani przedszkolanki a jednocześnie zadowolenie w oczach Pimporaka typu: Zostałem sam na sali i teraz wszystkie zabawki są tylko moje.
Mój tata odbierając Młodego stara się o nic nie pytać żeby przypadkiem nie usłyszeć komentarza, że Pimporak jest fajny tylko lubi zaczepiać i szturchać Antosię, albo, że jako jedyny wkłada sobie do ust wszystkie kamienie na placu zabaw. Tu (uwaga) mała dygresja: Dziś poszedł nawet dalej i to pod okiem czujnym matki, która usłyszała nagle krzyk swojego dziecka:
-Mamo! Latunku!Mój nos!
Spojrzałam i zdębiałam- moje dziecko włożyło sobie w lewą dziurkę od nosa spory okaz ziela angielskiego. Zapewniam wszystkich, że usunięcie głęboko tkwiącej kulki w nosie trzylatka nie jest proste. Tym bardziej, że na hasło: dmuchaj! mój syn reagował ze stresu odwrotnie wciągając ziele jeszcze bardziej. Końcówka łyżeczki i mój spryt uratowały Pimporaka.
Koniec dygresji.
Mój tata unika pytań typu: Czy dziś był grzeczny mój wnuczek, uważając, że tak naprawdę żadna odpowiedź istotnie nie wpłynie na jego życie a wręcz może zachwiać dobrym nastrojem i miłymi relacjami z wnukiem. Tym razem to jednak pani dyrektor przedszkola sama go zagadała:
-Dziadek to musi chyba zacząć uczyć wnuka grać w szachy!
-?????
-No tak, to taki mądrala, liczy, literki zna i jeszcze tyle wyrazów po angielsku, no to co...czas na szachy! - stwierdziła pani dyrektor.
Mój tata uśmiechnął się z zadowoleniem, w końcu to w jakiejś części jego geny, ale po chwili dotarł do niego jeden mały problem. Nigdy, przenigdy nie grał w szachy.
wtorek, 25 października 2011, mufiaczek1