Tak się składa, że tak wypada, że raz na 3-4 miesiące uciekam i jadę w siną dal naładować akumulatorki na następne miesiące. I tak się stało i teraz. Byłam w Szczawnicy, całe 6 dni, z których 5 spędziłam na wycieczkach górskich po Beskidzie Sądeckim. Piękny Ci on o każdej porze, bo chociaż śniegu mało to mgła i błyski słońca dodawały mu niezapomnianego uroku, eh... Wracać się nie chciało, ale trzeba było, albowiem zdrówko o sobie dać znało. Nie, nie, z kolanami wszystko dobrze, w ogóle to od poniedziałku zaczynam rehabilitację, masaże i inne takie. Nie mniej oszczędzę Wam szczegółów.
Jedna myśl nie daje mi jednak spokoju. A konkretnie pewnien gatunek ludzi o bardzo krótkich korzeniach, hej, bez podtekstów proszę! Takich, których nigdzie nic i nikt nie trzyma, pojawiają sie na chwilę i lecą dalej, nie mając nic do stracenia, nie zostawiając za sobą sladu, jedynie taki w sercach ludzi, których spotkali. Raz tu, raz tam... Taki cygański temperament.
Ja mam po co wracać, do kogo, mam swe obowiązki, znajomych tu i tam... Ale jedno wiem, wiem, gdzie jest moje miejsce. I chociaż czasem na chwilę włączy mi się szwendaczek, to po czasie pojawia się tęsknota, za ludźmi, miejscami, i tym wszystkim co zostało...
Pieprze, co? To może przez gorączkę, dzisiaj czuję noc przede mną dreszczy, bom ciutek zaziębiona...
A wracając, to kto ma lepiej? Spać...
piątek, 15 lutego 2008, diva9