ryczeliśmy radośnie z lechem na próżnej, anna robiła chórki. po dwudziestej drugiej, co skończyło się delikatnym i uprzejmym upomnieniem, ale kulturalni barmani i tak zapamiętają nas na długo, bo diaspora nie byłaby diasporą, gdyby wcześniej jeszcze nie udało się nam wywrócić na zewnętrzu stolika i potłuc szkła, a potem zaryczeć jeszcze głośniej spanish bombs. no i witryna z pompami na miarę twoich potrzeb ( indywidualny dobór, najwyższa jakość, oszczędność energii, serwis techniczny ) oraz tradycyjna podróż windą, okraszona naciskaniem guzika z głosem świniaka. lechowi na widok wozu policyjnego (standardowy patrol uliczny) udzielił się nastrój a la police on my back więc po zbiorowej przejażdżce uciekaliśmy, a jakże, a oni wcale nas nie gonili. niepowtarzalny dialog lecha z centralą tele taxi ("poproszę na róg grzybowskiej i marszałkowskiej, po przeciwnej stronie od kebabu. nie ma takiego? to na róg królewskiej i marszałkowskiej. po stronie mbanku). i powrotna droga do domu w towarzystwie dwóch wojciechów radiowych (drugi, nowy wojciech bezbłędnie odnalazł się w poetyce diaspory), podczas którego to jeszcze kilkakrotnie dostawaliśmy ataków śmiechu, na przykład na miodowej, gdzie z piskiem opon zatrzymał się obok nas samochód, a powożący go młodzieniec przez szybę zaryczał: "nie wiecie, gdzie jest indeks?" no jak to gdzie. dawno w szufladzie.
drugi raz ryczeliśmy na koziej, u anny ( oh lord, summertime, bobby mc gee versus celina i baranek). to znaczy kto ryczał, ten ryczał, bo niektórzy przybyli ze świeżo opatrzonymi ranami po POGRYZIENIU (a propos toczenia piany z pyska, pardon, ust) i świeżo po zastrzyku przeciwtężcowym, co jednak, niestety poskutkowało niejakim odklejeniem. taniec domagającej się pląsów grażyny wespół z lechem odnotowaliśmy jednak, a jakże.
teraz redaktor cegła wreszcie NA PRAWDZIWEJ WOJNIE. (ach, te dramatyczne esemesy: zawrócili właśnie nasz samolot z Wiednia. spróbujemy dostać się lądem). tym samym zapytanie "a w kabulu?" stało się mocno nieaktualne. a żeby lato absurdu trwało nadal, w kinach już chaotyczna ana, pilotowana pozytywną recenzją w polityce (cztery gwiazdki na sześć). autor bredzi coś radośnie o dopracowanej stronie wizualnej, wyszukanym koncepcie i idealnym świecie matriarchatu. tja......
środa, 13 sierpnia 2008, diaspora13