Ulica Szewczenki 6, lekko odrapana szara kamienica, dwoje drzwi wejściowych.
Nad pierwszymi wisi skromny szyld z napisem notariusz na zielonym tle, przy drugich schodki wiodą do piekarni. Nad nimi dwa balkony z wszędobylskimi pelargoniami i dwóch facetów wiodących niespieszną rozmowę, jest w końcu niedziela. Tutaj 19 listopada 1942 gestapowiec Karl Gunther zastrzelił Bruno Schulza. 19 listopada musiało już zdrowo lać, może nawet prószył lekki śnieg, a ludzie przytulali się do grubych płaszczy. Schulz wychodził ściskając w rękach ciepły chleb i chroniąc go przed śniegiem. Sprawą jeszcze bardziej palącą, niż gorące pieczywo była planowana ucieczka do Warszawy. Pisarz miał już nawet załatwioną przez znajomych literatów fałszywą kenkartę, być może nie zginąłby, gdyby nie nadmierna zapalczywość jednego z urzędników aparatu terroru Tysiącletniej Rzeszy
Gdy zaczepić ludzi spacerujących po tym spokojnym miasteczku, nie od razu kojarzą ulicę, przy której mieszkał pisarz. Ale zapytani o dom Brunona Schulza bez trudu wskazują drogę. No i ta słynna tablica upamiętniająca. Pisarz żydowski, mistrz słowa polskiego. Wilk syty i owca cała, a wcześniej przeciąganie liny, do kogo on właściwie należy, jest nasz, czy wasz. Przygnębiająca licytacja, bo przecież prawdziwą ojczyzną pisarza jest język, w którym tworzy. I nie ma tu większego znaczenia, że Schulz wybrał akurat polski, zresztą, fakt, że pisał akurat po polsku jest wypadkową niezliczonej ilości przypadków. A sztuka, czy nie jest ponadnarodowa, przekraczająca granice? Czy ktoś pamięta o tym banalnym zdaniu, od dawna na pierwszym miejscu przebojowej listy banałów wszechczasów?

Warto jeszcze wrócić na ulicę Szewczenki, albo Iwana Franki i podziwiać wille XIX-wiecznych bogaczy naftowych. Prototyp słynnej ulicy Krokodyli ze Sklepów cynamonowych. Dziś stanowią zwyczajny pejzaż sennego, prowincjonalnego miasteczka. Gdzieś przy jednym z licznych skwerów schowany jest nawet pomnik Adama Mickiewicza, naszego wieszcza! I radują się serca Polaków, bo oto namacalny dowód naszej wielowiekowej potęgi. I rośnie Polak w Polaku, jak powiedziałby Gombrowicz, zaś człowiek w Polaku coraz mniejszym się staje. A później te niekończące się rozmowy kresowych pielgrzymów: - myśmy z Litwą tutaj panowali, myśmy mocarstwem byli (wiem, byłem, podsłuchiwałem, zgrzeszyłem, żałuję, amen).
środa, 22 sierpnia 2007, jakub_krakauer