Do Małego Wiednia najłatwiej dotrzeć marszrutkami, najpierw do Kołomyi, tam przesiadka i już prawie jesteśmy na Bukowinie. Jeśli jakieś miasto można nazwać kwintesencją pogranicza, to są nimi właśnie Czerniowce.
Właściwie nie wiadomo do kogo one należą. Nominalnie do Ukrainy, ale Rumunia porozumiała się z Ukrainą w sprawie północnej Bukowiny dopiero pod groźbą zatrzymania negocjacji w sprawie przystąpienia do NATO. Tymczasem w mieście działa Rumuński Dom Narodowy, a w restauracjach serwują mamałygę. Działa też Dom Polski (nieco dalej również i Niemiecki), gdzie można obejrzeć komedię na DVD albo pójść na próbę zespołu pieśni i tańca.
Mieszkańcy Czerniowic dumni są ze swojego miasta: - Na świecie są tylko trzy takie budynki kobieta wskazuje na gmach teatru zaprojektowanego przez wiedeńskich architektów Fellnera i Helmera ale ci w Odessie myślą, że ich teatr jest najpiękniejszy i nawet nie wiedzą, że my w Czerniowcach mamy taki sam. To znaczy budowany według tego samego planu. Trzeci jest właśnie we Wiedniu.
Plac Teatralny pojawia się na wielu starych pocztówkach, ale równie często widnieje na nich gmach dworca kolejowego, wraz z nimi nieodłączny napis Gruss aus Czernowitz. Hrabal twierdził, że Europa Środkowa sięga wszędzie tam, gdzie znaleźć można dworce kolejowe wybudowane na wzór i podobieństwo wiedeńskich budowli. Właśnie CK Monarchii zawdzięczają

Czerniowce okres swojego największego rozkwitu w drugiej połowie XIX wieku. Tu był najdalej wysunięty na wschód niemieckojęzyczny uniwersytet (zamknięty, pan w budce pogroził palcem i powiedział Niet!). Założę się, że duża część ulicznych bruków pamięta jeszcze czasy miłościwie panującego Cesarza. Spacer ulicą Kobyliańską, czy Hołowną byłby czystą przyjemnością, gdyby nie tony ołowiu wydychane z rur samochodowych, zupełnie jak we Lwowie. O ile ulice w centrum miasta były świetnie przystosowane do obsługi ruchu w schyłkowych latach panowania Franciszka Józefa, o tyle w XXI wieku nie sprawdzają się zupełnie. Lepiej zatem zatkać nos i wyobrazić sobie Czerniowce w 1912 roku: z nowiutkiego dworca w stylu wiedeńskim wyjeżdżamy automobilem i mkniemy pod górę w kierunku centralnego placu. Wcześniej jednak skręcamy w prawo, naprzeciwko filharmonii wysiadamy i oddajemy się w profesjonalne ręce obsługi hotelu Bristol. Na ulicach pobrzmiewa kilka języków: niemiecki, rumuński, jidysz, ruski (ukraiński), gdzieniegdzie polski. Natan Birnbaum właśnie organizuje konferencję pisarzy tworzących w jidysz, a Paul Celan czeka w kolejce do przyjścia na świat. Wiele lat później w Paryżu napisze:
Mieszka w domu ów mąż ten igra z wężami i pisze
i pisze gdy się ściemnia do Niemiec twe włosy złociste Margarete
to pisze i staje przed dom a gwiazdy się iskrzą on gwiżdże na psy swe gończe
i gwiżdże na Żydów też swych i każe grób sypać pod ziemią
rozkaz nam daje no grajcież do tańca (Fuga śmierci przeł. Jacek Filek)
O czym myślał w ostatniej chwili nim zdecydował się wskoczyć do Sekwany? Może o Jego Czerniowcach, małym Wiedniu, dla niektórych pół-Azji, miejscu pielgrzymek chasydów, których mistyka fascynowała go w dzieciństwie, o wietrze przynoszącym i mieszającym zapachy Czarnohory i Morza Czarnego. Jego Czerniowcach, ze swoim niezwykłym kolorytem i wielojęzycznym gwarem. Mieście wymazanym z mapy, być może na zawsze.
wtorek, 21 sierpnia 2007, jakub_krakauer