smuteczki listopadowe mnie dopadły... ciemno i ponuro, musze sobie pomarudzić...
nic mnie nie cieszy, ciaza strasznie się dłuży. Juz bym chciała miec ten czas za sobą ;( dzidziuś rypie nózkami gdzie popadnie, na szczescie juz pęcherz nie dokucza ale jak zaczyna w kregosłup to nie moge spać.
A i tak spac mi sie nie chce szczególnie, bo dużo spię i nawet przespana jestem.
Brzych wystaje i czuję się jak wańka wstańka. we wszystkim wyglądam okropnie i ciagle mi duszno.
nie mam się czym zając, wszysti zaległe ksiązki już przeczytałam, studia odsunęłam więc uczyć się nie musze, w pracy nuda, jak co dzień.
Dobrze ze chodze do tej pracy bo w domu zupełnie bym w dół wpadła.
Słodycze sobie sama ograniczam wiec czuje sie dodatkowo nieszcześliwa.
Mąz mnie denerwuje wyjątkowo. wszystko źle robię, np źle wstawiam naczynia do zmywarki i kubek się obił. I to oczywiśice moja wina. Po pierwsze róznie dobrze on mógł go wstawić, po drugie a nawet jak sie obił to co, to jakiś beznadziejny kubek, których mamy kilkanascie w domu. Najgorsze jest znosić ten jego ton - pretensjonalny, a gdy coś mu odwarknę zaraz na mnie naskakuję, ze jestem agresywna i nie da sie ze mną rozmawiac. Tylko ze on nie pomysli nawet na moment co ja czuje jak on każdy mój ruch krytykuje. generalnie przestałam sie odzywac, żeby nie wybuchnąc i nie denerwowoac się bez sensu.
Dziś zaczynam weekend tak naprawde, bo wzięłam czwartek i piątek wolny. Musże jechac do Krakowa, gdzie chyba umrę z nudów, bo mój mąz zamierza mały remont i będzie malował. a ja bede sie patrzyła na niego. Ta nuda najbardziej mnie przygnębia. a ponoć inteligentni ludzie sie nie nudzą:) widcc głupiam jak but:)
no to pomarudziłam sobie... czasem musze:)
Milszego dnia:)
wtorek, 10 listopada 2009, bombelkowo