Rankiem Wiertka zasiadła na nocniku i zajęło jej ponad kwadrans, trzema turami uporanie się końcowym efektem trawienia. Nie wiem, czy rotawirus nie wraca. Patrzyłam na zegarek, widziałam jak moje spóźnienie do pracy coraz bardziej się pogłębia. Jednak nie zgonię jej z nocnika, by się nie zniechęciła. W końcu zapakowałam ją w swetry, kombinezon, kurtkę, szalik, czapkę i gdy usłyszałam po raz kolejny "pupa", to już tylko rzuciłam "Wal w pieluchę" (nosi jeszcze do spania i do spacerów).
Wypadłam z nią z bloku. Na pobliskim przejściu dla pieszych stały dwa samochody, po stłuczce. Wyminęłam z gracją kawałki rozrzuconego plastiku. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że być może gdyby nie utknięcie Wiertki na nocniku, to znalazłybyśmy się na tych pasach w nieodpowiednim momencie. Kto wie?
W żłobku - pieluchę zdjęłam suchą. Zobaczymy, co powiedzą opiekunki po południu.
Jeszcze idąc do biura, skróciłam sobie drogę, jak zwykle, przez skwer z drzewami. Jakiś pies obok szczeka, odwróciłam w tamtą stronę głowę, sekunda nieuwagi i mała gałązka wbiła mi się tuż pod okiem. Jak można, noszą okulary, dać sobie wydłubać oko?
To jakieś "oszukać przeznaczenie"?
W pracy dopiero druga mocna kawa doprowadziła mnie do stanu używalności biurowej.
piątek, 17 lutego 2012, bezcielesna