Codziennie odpinam z wprawą klamry słowa od znaczeń.
Składam zestaw podróżny: odrzucam bagaże
- życiowy tobół, myślenie według kalendarza,
Wywalam prawdę (bo ciężka, każde słowo waży)
Biorę czujność, teleskop (żeby widzieć dalej)
Czułość (będą pytania), mapę uczuć (bo błądzę)
Wyruszam w kosmos z synem, tam skąd przybył do mnie.
W kosmosie ziemia nie ciąży. Fruwamy nad światem.
On mówi w języku polskim pozbawionym nacji.
Przybył do niego i osiadł jak język wszechświata,
migruje po znaczeniach - słowa są przenośne,
zdania są jak pułapki, pojęcia zbyt wąskie.
Wszystko, co umiem nazwać jest jak fresk na tynku,
Wystarczy krzyknąć głośniej, aby spadł ze ściany.
Kulejąc o własnych myślach wciąż podążam za nim.
Dochodzimy do sedna, gdy się spotykamy.
środa, 19 lipca 2006, memiko