"Nie pójdę tam. A nawet jeśli pójdę, to tylko na chwilę. A jeśli ewentualnie zostanę dłużej, to i tak nie będę pić. A gdybym już piła - to malutko, żeby się nie upić. I będę bardzo liczyć na swoją słabą wolę."
Właśnie przestało padać, teraz za oknem jest nie deszcz, a ściana wody. Nie poszłam na zajęcia, siedzę na łóżku, obok mam kawę, pomarańcze i czekoladę. W słuchawkach AIR, na gmailu Kubę, dookoła maszynopisy moich satyrykonowych rzeczy. Na kartkach uwagi Mateusza, drobne, prawie nieczytelne literki, które bezlitośnie zmuszają do myślenia.
(mam drogę do gwiazd na spodniach, nieskończoność w kieszeni i coś o Tobie pod skórą)
Pracuję nad tym tekstem, ponieważ nie muszę tego robić. Niczego dziś nie muszę, nie muszę wychodzić z domu, czytać rzeczy które mnie nie interesują, pisać czegoś, co mnie nudzi. Mogę leżeć i gapić się na plakat na suficie, słuchać ulewy.
Zaczęło grzmieć.
(Myślę trochę o tych wszystkich zdumiewających splotach zdarzeń, o tym, że wczoraj bezrefleksyjnie wyszłam z domu o godzinę za wcześnie, że złapał mnie deszcz, że schowałam się na przystanku i postanowiłam przeczekać złą pogodę. Że w tym czasie przyjechał odpowiedni autobus, ale ja do niego nie wsiadłam, bo postanowiłam pójść pieszo, skoro mam tyle czasu. Że przestało padać, więc poszłam, a na Grota-Roweckiego zawsze jest straszny korek, więc na następny przystanek dotarłam wcześniej, niż ten nieszczęsny autobus, i wtedy zaczęło znów padać, więc jednak wsiadłam. Że zamyśliłam się, i wysiadłam trzy przystanki wcześniej niż zamierzałam, bo deszcz ustał, więc skoro tyle czasu mam (komu go dam?) chciałam przespacerować się Plantami, a ja zawsze mam na uszach słuchawki z muzyką, nigdy więc nie słyszę telefonu, akurat wyciągnęłam go z torebki, żeby sprawdzić godzinę, i wtedy zadzwonił)
Jak nigdy wcześniej potrzebowałam bzdur, więc bzdury się zdarzyły.
czwartek, 14 kwietnia 2011, zjawa.realna